poniedziałek, 26 maja 2014

historia

Szczerze zachęcam do przeczytania.


Po 12 latach wspólnego życia moja żona zażyczyła sobie, abym zaprosił inną kobietę na obiad i do kina. Powiedziała:
- Kocham cię, ale wiem, że inna kobieta też cię kocha i chciałaby spędzić trochę czasu tylko z tobą.
„Inna kobieta”, o której wspomniała moja żona to moja mama. Owdowiała 19 lat temu i od tego czasu była sama. Ponieważ moja praca, rodzina, trójka dzieci pochłaniały cały mój czas i energię, odwiedzałem ją bardzo rzadko. Tamtego wieczoru zadzwoniłem, żeby zaprosić mamę na kolację i do kina.
- Co się stało? Wszystko w porządku w domu? – zapytała z trwogą. Moja mama jest typem człowieka, który spodziewa się złych wieści, jeśli telefon dzwoni późnym wieczorem.
- Po prostu pomyślałem, że będzie miło wybrać się gdzieś razem – powiedziałem.
- To byłoby wspaniale – odpowiedziała mama.
Przyjechałem po nią w piątek po pracy. Czekała na mnie przed domem, lekko zdenerwowana. Miała na sobie sukienkę, w której widziałem ją w ostatnią rocznicę jej ślubu i starannie ułożone włosy.
- Powiedziałam moim znajomym, że mój syn spędzi dziś ze mną wieczór i wszyscy byli pod wrażeniem – powiedziała mama, wsiadając do samochodu.
Zabrałem mamę do restauracji. Mama wzięła mnie pod rękę i stąpała tak, jak gdyby była pierwszą damą. Musiałem czytać jej nazwy dań w karcie, ponieważ nie wzięła okularów. Spojrzałem na nią znad karty dań i zobaczyłem, że się uśmiecha z nostalgią.
- Kiedy byłeś mały, to ja czytałam ci kartę dań - powiedziała cicho.
- Nadszedł czas, abym mógł to odwzajemnić – odpowiedziałem.
Podczas kolacji rozmawialiśmy. To nie była żadna szczególna rozmowa, po prostu opowiadaliśmy sobie, co ostatnio wydarzyło się w naszym życiu. Zagadaliśmy się tak bardzo, że spóźniliśmy się do kina. Kiedy żegnałem się z mamą pod drzwiami jej mieszkania, powiedziała:
- Kiedyś jeszcze raz pójdziemy do restauracji. Tym razem ja cię zaproszę.
Zgodziłem się…- Jak spędziliście wieczór? - spytała mnie żona, gdy wróciłem do domu.
- Wspaniale! O wiele lepiej, niż się spodziewałem.
… Kilka dni później mama miała zawał. Zmarła, zanim przyjechała karetka. A jeszcze po kilku dniach dostałem list z opłaconym przez mamę zaproszeniem do restauracji, w której spędziliśmy tamten ostatni wieczór. W liście mama napisała: „Zapłaciłam z góry za naszą kolację. Co prawda, nie jestem pewna czy będę mogła w niej uczestniczyć, ale kolacja jest opłacona dla dwóch osób – dla Ciebie i dla Twojej żony. Prawdopodobnie nigdy nie znajdę słów, żeby powiedzieć Ci, jakie znaczenia miał dla mnie tamten wieczór, który spędziliśmy razem. Kocham Cię, synku.

          Być może nigdy już nie otrzymasz takiej bezwarunkowej miłości, jaką jest miłość rodzicielska. Rodzice to jedyni ludzie na świecie, którzy szczerze cieszą się z naszych sukcesów i boleją z powodu naszych porażek. Jeśli wciąż masz taką możliwość – korzystaj z każdej nadarzającej się chwili, ponieważ dzień, w którym ich zabraknie, może nadejść całkiem niespodziewanie…



Pozdrawiam,
Katarzyna.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Jak to z tymi facetami, czyli dzień singla.

   I wreszcie pierwsza sesja za mną! Co mniej przyjemne, połowa przerwy międzysemestralnej też. Równo za tydzień będę już siedzieć na zajęciach i nie mogę powiedzieć, żebym się bardzo na powrót cieszyła. Przerwę choć miała pochłonąć nauka (dwa zaliczenia czekające po powrocie), pochłonęło błogie lenistwo i nadrabianie spotkań z bliskimi znajomymi. Czemu mnie to nie dziwi?
Odcinając się jednak na razie od wszystkiego co związane z nauką, postanowiłam wprowadzić trochę prywaty i skupić się na tym co związane z niedawno obchodzonym dniem singla. Czyli... 4 powody dla których zaczęłam ostatnio odczuwać sporą niechęć do mężczyzn!

1. Współlokatorki. Godzinne posiedzenia przy herbatce zrobiły swoje i po kilku miesiącach mieszkania z nimi wciąż odkrywane są nowe historie, przy których oczy za każdym razem wychodzą mi z orbit . Raz, że obie z nich są sporo starsze, dwa - doświadczone w materii zdrad i niemoralnych propozycji. Co za tym idzie, kilkakrotnie złamane serca i postanowienia zostania singielkami do końca życia.

2. 'Żona idealna', czyli książka pożyczona mi ostatnio przez Mamę. Wszystko co prawda odbywa się w świecie ludzi sławniejszych i bogatszych, ale nie przeszkadza to w wyciąganiu wniosków. Sławny facet od lat zdradza żonę i zostaje przez nią wyrzucony z domu, gdy okazuje się, że kochanka jest w ciąży. Wciąż lawiruje, zdradza i kłamie. Nic tylko czytać takie książki i pogrzebać się żywcem rozmyślając nad moralnością ludzką.

3. Historia, którą zna już chyba całe moje najbliższe otocznie, a mi przypominająca scenariusz filmowy. Po poznaniu fajnego chłopaka umówiłam się z nim kilka dni później niczego nie świadoma. A dokładniej nieświadoma jego dziewczyny, o której raczył powiedzieć w połowie spotkania jednocześnie podkreślając, że to nie przeszkadza mu spotykać się z innymi. No cóż, mi przeszkadza. Mimo wszystko, chłopak swoim całkiem fajnym charakterem zachował dobre wrażenie. Ale ten mankament wyciągnięty żywcem z książki we wcześniejszym punkcie, po raz kolejny obciąża facetów.

4. Show biznes. Gdzie idole nagle tracą w naszych oczach w wyniku bujnego życia pozamałżeńskiego czy tym podobnych. No i ogólnie, nie wiem jak to się dzieje, że każde małżeństwo które pochwalę rozwala się wraz z nadchodzącym rokiem. Albo cały czas kraczę, albo coś jest nie tak z mentalnością współczesnych małżeństw i związków. 

5. Niechlubne seriale, które powinny być zabronione, a których oglądania tak często się wstydzę. Powtarzając, że to wszystko w celach naukowo językowych często zatracam się patrząc na licznie łamane serca, utracone przez chłopaków przyjaźnie i podłe zachowania. Niestety seriale to nie tylko fikcja i myślę, że ich sednem jest zwykłe podkręcenie intensywności zdarzeń. To co dzieje się grane ze scenariusza możemy zaobserwować przy większym skupieniu i obok siebie.

Te punkty po części stają się odreagowaniem zasłyszanych historii, przeczytanych treści, obejrzanych fikcji, wyciągniętych z życia nie tylko swoich doświadczeń i zaobserwowanych sytuacji. Czasem może lepiej po prostu być samemu. A jednak o tyle o ile czytam to co napisałam, wciąż mam nadzieję, że życie mi tego oszczędzi i dnia singla nie będę obchodziła do końca życia :)
Pozdrawiam,
KINGA

sobota, 1 lutego 2014

Za co jestem wdzięczna?

  1. cudowną Siostrę, która jest najlepszą osobą jaką znam
  2. kochającą Mamę, która zawsze kończy naszą rozmowę: trzymaj się cieplutko
  3. opiekuńczego Tatę, który zawsze ma pretensję, że nie dzwonię :D 
  4. wiarę w Boga
  5. wyjątkowych przyjaciół, z którymi utrzymuję kontakt mimo dzielącej nas odległości i własnych spraw
  6. wczorajszą rozmowę z E., która uświadomiła mi, że mam wokół siebie najwspanialszych ludzi, którzy mnie motywują i inspirują
  7. dach nad głową
  8. pełny brzuszek
  9. super współlokatorkę
  10. koleżanki z uczelni, z którymi można opić/zapić egzamin
  11. studia na Uniwersytecie Medycznym
  12. możliwość wyboru przyszłości
  13. wyprzedaże w reserved, przez co moje styczniowe oszczędności są...no można powiedzieć, że ich nie ma...
  14. nowe 2 swetry, spódnicę, 2 naszyjniki, sukienkę i buty, popłynęłam...
  15. pyszną biedronkową bagietkę
  16. yerba mate, kawę i zieloną herbatę - moje naukowe atrybuty :)
  17. dobrą sytuację finansową
  18. pyszny sok pomarańczowy, który właśnie piję
  19. schabowe od Mamy i inne pyszności, dzięki którym pupa rośnie
  20. 4 z egzaminu z biofizyki
  21. zaliczone obliczenia
  22. mp4, to jest taka rzecz, którą na 100% zabrałabym na bezludną wyspę
  23. "odkrycie" uwielbienia do głosu wokalisty grupy LemON (dzięki Kinga za "wrzucanie" ich tutaj), taa ja z nowościami zawsze jestem do tyłu
  24. muzykę, która ładuje akumulatory
  25. ulubione kanały na YT
  26. pyszną owsiankę bananową
  27. ogólnie za banany! to żółte cudeńka :)
  28. odwagę do podejścia ponownie do matury
  29. seriale, PLL, House, Arrow - jestem maniaczką :S
  30. kremy do rąk, które ratują moją atopową skórę na dłoniach
  31. uczelnianą czytelnię, która wygląda jak kard z Harry'ego Pottera
  32. okulary, dzięki którym mogę nadążać z pisaniem na wykładach :)
  33. 2 darmowe wejściówki do fitness-klubu
  34. ciepły grzejnik :P
  35. kabarety, z którymi można poprawić sobie dzień :)
  36. mieszkanie w centrum, dzięki czemu mam blisko na uczelnię, do centr handlowych, klubów, aptek, szpitali, czytelni
  37. dystans do siebie, nad którym nadal pracuję
  38. mieszczę się w 34, ale już ledwo, lewdo...więc po sesji (ostateczny termin na wszystko) kończę z moimi gastrofazami
  39. rozmiar buta - 36 :) bardzo lubię ten rozmiar, bo najszybciej wykupują 37,38,39 :D
  40. kolorowe karteczki samoprzylepne, indeksujące i zakreślacze - notatki od razu lepiej się czyta! :)
  41. zapachowe świeczki -  kocham, ubóstwiam
  42. puder bambusowy, który zadaje się nie mieć końca (znowu, dzięki Kinga za opowiedzenie o nim)
  43. płatki owsiane, które mogę jeść ze wszystkim
  44. fantastyczne książki, które przeczytałam
  45. oddzielnie za Harry'ego Pottera, przecież to dzieło sztuki!!!
  46. kochany kocyk...ciepełko
  47. śliczne, ciepłe skarpety
  48. za to, że za tydzień wracam do domu, tydzień ferii :DD
  49. konieczność chodzenia w białym fartuchu(kitel), serio uwielbiam to! czuję się tak profesjonalnie, haha :)
  50. możliwość opublikowania tej notki :)

Kończę na 50, bo i tak mam świadomość, że wielu osobom może się nie chce czytać więcej, jednakże to bardzo fajna zabawa, zachęcam do zrobienia tego samego. :) Jeżeli chcecie może wypisać niektóre w komentarzach. W mojej liście kolejność jest całkiem przypadkowa i pisałam to, co od razu przychodziło mi na myśl. :) Zajęło mi to 10 minut, ale frajda i poczucie szczęścia jest nieocenione! :)


 

Pozdrawiam, Katarzyna.

piątek, 10 stycznia 2014

Filozoficznie.


Poster For Philosophy I by veganvalentine       I wreszcie czas coś napisać. Znowu czuję, że dawno mnie tu nie było, ale to chyba tak już jest ze studenckim życiem. Kilka następnych tygodni na pewno spędzę w jaskini z książek i komputer musi (choć nie che) pójść w odstawkę. Najchętniej przespałabym te wszystkie zaliczenia i obudziła już po nich.
       Wczoraj, a właściwie dziś w nocy, nadeszło jednak coś co choć na chwilę oderwało mnie od stresu sesyjnego. Spałam sobie smacznie, relaksując się przed dzisiejszym kolokwium, aż tu wpada nagle współlokatorka. Poszłam za nią, wyglądam, a tuż pod moim blokiem widzę otoczenie: kilka wozów strażackich i kilka policyjnych. Zapalone mieszkanie, strażacy wybijający szyby, żeby dostać się do środka, akcja pełną parą. Nic poważnego na szczęście się nie stało, ale zaczęłam się zastanawiać. Mój blok, moje piętro, tylko kilka okien w prawo. Jak to czasami blisko dzieją się rzeczy, których człowiek chciałby za wszelką cenę uniknąć.
      To prawda, że pewne rzeczy zaczynamy doceniać dopiero po pewnych wydarzeniach. Filozofowie od wieków to powtarzali (a nie śmiejcie się ze mnie, ostatnio jestem nimi w dziwny sposób zainteresowana), a jednak ja wolę skupiać się na tej drugiej stronie. Jak to dobrze, że głębsze refleksje nachodzą nas tylko czasami. Jak to cudownie, że potrafimy żartować z rzeczy ciężkich (choć mi przychodzi to z wielkim trudem), i jak to fantastycznie, że zapominamy tak często o powadze. Jeśli nie doceniamy, to powinniśmy od czasu do czasu wstrząsnąć sobą i skupić się na mniejszym narzekaniu, ale nic nad miarę. Często słyszałam kiedyś: nie przejmuj się szkołą, teraz studiami. Ale właściwie, dlaczego nie? Tak jesteśmy skonstruowani, że o czymś myśleć musimy, więc wolę przejmować się mimo wszystko błahymi zaliczeniami niż rzeczami poważnymi. Bo po błahej przychodzi szybkie i bezbolesne zakończenie; ulga, która jest nawet, mam wrażenie, zdrowotna. To cudowne uczucie nawet po błahej sprawie, gdy spada z nas napięcie i możemy cieszyć się luzem. 
       Dziwne są te wywody i moje myśli ostatnimi czasy, ale Platon koło łóżka robi swoje. Na pewno swoje robi też wyjazd mojego brata na dłuższy okres i powrót na stancję po rodzinnie spędzonych trzech tygodniach w domu. Śmiałam się z filozofów, ale wiecie co? Myślę, że oni jako nieliczni potrafili na głos wyrażać to, co pozwalało im przetrwać życie.


Pozdrawiam :)
KINGA

piątek, 3 stycznia 2014

Kilka spraw.

          Podczas naszej długiej nieobecności na blogu, nazbierało się kilka spraw, więc w końcu czuję, że mam o czym pisać. Najpierw zacznę od przesłania Wam życzeń z okazji Nowego Roku, życzymy Wam, aby był szczęśliwy, produktywny, pełny pozytywnej energii i spełnionych marzeń.Wraz z początkiem roku, to jest kolejna sprawa, obchodzimy rocznicę naszego bloga. Mimo, że ostatnio zaniedbałyśmy go (a w szczególności ja) bardzo cieszę się, że nadal działa. Gdy zakładałyśmy go w Sylwestra 2012 roku obiecałyśmy sobie (jeszcze jako niedoszłe maturzystki), że mimo iż studia rozdzielą nasze losy, to blog przetrwa i będziemy tu zaglądać, już jako studentki. Obietnica spełniona! :) Rocznica bez polotu, bo w ogniu naszych narad (kilku smsów) nie miałyśmy pomysłu, więc postanowiłyśmy tylko o tym nadmienić. Może za rok uda nam się zorganizować coś wyjątkowego. :)

        Teraz już kilka słów tylko ode mnie i mam nadzieję, że Kinga nie obrazi się za to, że u góry pisałam także w jej imieniu bez dokładnych konsultacji. ;) W związku z rozpoczęciem 2014 czuję spory przypływ pozytywnej energii, nigdy się tak nie czułam w związku z przyjściem Nowego Roku. Po raz pierwszy wypisałam sobie konkretne plany i myślę, że to jest dobry początek do dobrych zmian. :) Szczerze? To aż mnie rozpiera ta energia i nawet zbliżająca się wielkimi krokami moja pierwsza sesja nie jest w stanie mi niczego zepsuć. :D Mam świetny humor, mimo troszeczkę przygnębiającej refleksji z dnia dzisiejszego. Niektórych ludzi lepiej kochać na odległość, prawda?


Gorąco pozdrawiam,
Katarzyna.

niedziela, 24 listopada 2013

O nowym i Świętach, co już je czuć.

College Life - Exam Week by osy057  Czas wreszcie odłożyć wszelkie zalegające przy mnie prace domowe i skupić się na odwiedzeniu własnego bloga. Stwierdzam, że nie było mnie tu tak dawno, że aż nie pamiętam o czym pisałam ostatnio ani kiedy ostatni raz czytałam jakiś post. Ogólnie minęły już prawie dwa miesiące w nowym mieście i muszę przyznać, że czuję się tu coraz lepiej w czym na pewno pomagają najbliższe osoby. Już teraz czuję, że studia rzeczywiście mogą zmienić się dla mnie w najlepszy okres w życiu. Ale może lepiej nie zapeszać.
  Pomimo mojego ciągłego narzekania na brak czasu, egzaminy ustne i ciągłą naukę, jestem na prawdę szczęśliwa z powodu tego jak to wszystko się potoczyło. Dziś wracając z domu słuchałam jak dziewczyny w autobusie rozmawiały o maturze, studniówce i prawie jazdy. Uśmiechałam się tylko pod nosem wspominając jak to było rok temu. Gdy sama jeszcze byłam przed tym wszystkim, zestresowana egzaminami, jazdami i tym z kim iść na studniówkę. Rok temu chciałam, aby było już po wszystkim. No i jest. I co cudowne, gdybym dziś ponownie miała dokonać wyboru co ze sobą zrobić, ani chwili nie wahałabym się by postąpić tak samo.
  Tym, co jeszcze bardziej podsyca moje dobre samopoczucie, jest na pewno atmosfera zbliżających się Świąt. Galeria, którą codziennie mijam świeci się już świątecznie, na rynkowej fontannie przygotowane do zapalenia stelaże odświętne, w delikatesach choinki. Wiem, że dla wielu może to być za wcześnie, ale dla mnie nigdy nie stanowiło to problemu. Wręcz przeciwnie, chciałabym, aby ten okres zaczynał się jak najwcześniej, aby móc nacieszyć się cudowną atmosferą na cały rok. Już zresztą oczekuję odpowiedniego momentu, aby po raz któryś sięgnąć po wprowadzające w cudowną atmosferę 'Listy do M.', po których zawsze oczekuję, że ktoś we mnie tak trafi śnieżką. Kupiłam też jabłkowo-cynamonową świeczkę i powiesiłam na drzwiach adwentowego mikołaja. No a za tydzień planuję już ostatnią imprezę (i drugą porządną dopiero, ech te studenckie życie), aby wyciszyć się przed Narodzeniem.
  Co dziwne, w następny weekend też po raz pierwszy zdecydowałam się nie wrócić do domu. Wiedziałam, że jestem do rodziny bardzo przywiązana, ale chyba nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak. Zresztą widując ich wszystkich w weekendy nabieram jakiejś siły na nowy tydzień i chętniej ruszam na uczelnię, aby czym prędzej do domu wrócić. To dopiero nazywa się siła motywująca :)
<college life>
Miłego tygodnia!
KINGA

niedziela, 10 listopada 2013

+6 + (-4) = +2, czyli rachunek mojego nastroju

         Jakimś trafem dopadła mnie melancholia spowodowana myślą o tym, że mój rodzinny dom już nigdy nie będzie tym, w którym będę mieszkała na stałe. Druga sprawa to to, że piękne chwile uciekają w mgnieniu oka. Trzecia jest taka, że dorosłość jest ciężka i mam dość bycia zawsze rozważną osobą. Czwarta sprawa to bezsilność spowodowana brakiem możliwości do odpuszczenia sobie i kompletnego olania, bez spiny.
         Z drugiej strony czuję radość, z tego, że w końcu dopisało mi malutkie szczęście, życie znowu mnie zaskoczyło, w najmniej spodziewanym momencie. W końcu karta się obróciła. Drugi powód mojej radości, to spotkanie z przyjaciółką z LO, miałyśmy iść razem tylko na imprezę, a wyszło tak, że potem u mnie nocowała i widziałyśmy się w piątek, sobotę i dzisiaj też. Znowu poczułam przywiązanie do Boga, które ostatnio gdzieś zniknęło. Poznałam sporo fajnych ludzi w sytuacji, która wydawała mi się beznadziejna. I teraz piąta sprawa, bo przecież plusów musi być więcej niż minusów, idę wypić gorące mleko z miodem, wskakuję po kołderkę i idę spać! :) 6 plus wpadł mi właśnie do głowy, moja Chrzestna poprosiła mnie na świadka na swoim ślubie, czuje się wyróżniona i szczęśliwa, że wybrała właśnie mnie. Są ludzie, którzy nadają naszemu życiu sens i to jest piękne! Bez nich zginęłabym śmiercią tragiczną.
         Z tonową cegłą przygniatającą mi wnętrzności olewam dziś chemię, wrócę do tego jutro. Nie ma spiny, są drugie terminy, chociaż wolałabym zaliczyć kolokwium z biologii i genetyki w pierwszym, we wtorek wyniki. :) 3majcie kciuki. :>


Pozdrawiam, Katarzyna.

sobota, 26 października 2013

Pod wrażeniem dojrzałości.

   Postanowiłam skorzystać z tego, że przyszedł weekend i chce mi się robić wszystko oprócz uczenia. Obok leży ogromna teka pełna zadań domowych i kserówek do ogarnięcia, która przecież nigdzie nie ucieknie. Niestety. A ja znów jestem w domu. Muszę przyznać, że czas mija bardzo szybko, może właśnie dzięki temu. W niedziele wyjeżdżam, wracam w piątki i tak co tydzień. Nie chce mi się tam zostawać na weekendy, ale muszę przyznać, że czasami łapię się na tym, że siedząc w domu tęsknię trochę za  uczelnią. Nie za tymi wszystkimi obowiązkami oczywiście, a za ludźmi, których w gruncie rzeczy widuję codziennie prawie całymi dniami. Przez ilość okienek, które nam zaserwowano mam zresztą okazję zwiedzić wszelkie kulinarne miejsca w mieście. Nie mam pojęcia jak wytrzyma to mój portfel, ale plany są ambitne. Jest to to czego właściwie zawsze brakowało mi w moim miasteczku, miejsc na wyjścia i spędzenie czasu ze znajomymi. A te wyjścia, co łatwo można zauważyć, bardzo scalają naszą grupę.
   Wczoraj rozmawiając z koleżanką w drodze powrotnej do domu stwierdziłyśmy, że studia to rzeczywiście okres zupełnie inny niż liceum. Zmieniamy się my sami, ale co mi osobiście najbardziej zaimponowało, spotykamy ludzi o wiele doroślejszych i dojrzalszych. Co rzuciło mi się w oczy to to, że większość otaczających mnie ludzi naprawdę jest skora do pomocy. Dziewczyna jeździ na wózku inwalidzkim? Jej koledzy z kierunku bez wysiłku, pretensji, a nawet żadnej prośby biorą wózek i znoszą ją po schodach. Mężczyzna w sklepie prosi o jedzenie? Kolega kupi mu więcej niż sobie, choć mówił mi wcześniej, że są to resztki jego pieniędzy. Porównując sobie te i wiele innych podobnych zdarzeń, które wydarzyły się w przeciągu tego miesiąca z czasami licealnymi, nasuwa mi się wniosek. Że albo nie miałam okazji zżyć się z tamtymi ludźmi, by widzieć ich w takich sytuacjach albo zwyczajnie nie byliby oni do tego skłonni. Nie wiem jak to jest, ale bardzo podoba mi się to co widzę teraz.
   I choć teczka z pracami do zrobienia razi mnie w oczy, to muszę się nią wreszcie zająć. Pierwsze poważniejsze zaliczenie przede mną i nie wypadałoby raczej go zawalić. ALE za tydzień długi weekend z którego już ogromnie się cieszę i nie mogę doczekać...
Pozdrawiam, 
⁞☼ Kinga ☼⁞

sobota, 19 października 2013

Co z tym narzekaniem?

Hej,
w ciągu minionych wakacji bardzo się zmieniłam. Przestałam narzekać. Naprawdę. Coś, sama nie wiem dokładnie co, pokazało mi, że warto cieszyć się z drobnostek, nie przejmować się tym co będzie, a przede wszystkim tym co było. Idę gdzieś, gdzie kompletnie nikogo nie znam? To nic, będzie dobrze, musi być. To zależy tylko ode mnie. I dobra, wiem, że teraz sobie pomyślicie, że to bzdura, bo inni ludzie mają wpływ na to, jakie jest nasze życie. Okej, ale moim zdaniem tylko i wyłącznie ludzie, którzy są nam bliscy, którym na nas zależy i vice versa. Oczywiście nie jest mi miło, gdy dowiem się, że ktoś mnie obgaduje lub coś w tym stylu, ale szybko o tym zapominam. Grunt to uświadomić sobie, że nie każdy musi nas lubić. Bo serio, Wy lubicie wszystkich ludzi, których znacie? Ja nie. I rozpaczać nie będę, gdy ktoś mnie nie będzie lubił. Druga kwestia to narzekanie na to jakie mamy ciężkie życie. Wyleczyłam się z tego, ale martwi mnie to, że pod wpływem innych ludzi znowu zaczęłam to robić. Nie chodzi o to, że to ich wina, że mają taki wpływ na mnie, ale ostatnio przebywam bardzo dużo w towarzystwie osób narzekających na praktycznie wszystko, co jest na uczelni. Przez pierwszy tydzień byłam wkurzona, że ciągle narzekają (a szczególnie jedna osoba), ale teraz zauważyłam, że sama zaczęłam im wtórować. Hm, to musi się zmienić! Przecież nikt nie kazał mi iść na te studia, sama, w pełni (no może przesadzam z tą pełnią, bo wejściówka 1 października?) świadoma, tego co mnie czeka, je wybrałam. Dlaczego warto zmienić swój sposób myślenia? Bo wtedy czuję się o wiele szczęśliwsza. Zamiast zawracać sobie głowę tym negatywnymi myślami, wypełniam ją pozytywnymi. Uogólniając i kierując się lekko w stronę studiów, to do mnie w punkt trafia dewiza : co nas nie zabije, to nas wzmocni. To samo z mówieniem, że czegoś mi się nie chce. Czy Wy też tak macie, że jak powtarzacie, że bardzo Wam się nie chce, to jeszcze bardziej Wam się nie chce? (mam nadzieję, że zrozumieliście to zdanie :))

PS: nie chcę wracać jutro, w domku jest taaak super!
PS2 : chyba pierwszy raz w życiu napisałam notkę w 10 minut! :)

Jak to wygląda u Was?
Pozdrawiam, Katarzyna.

niedziela, 13 października 2013

Co nowego u studenta.

     I już pierwsze dwa studenckie tygodnie za mną. Sama nie wiem do końca jak je ocenić, bo oczywiście tak jak się spodziewałam, łatwo nie jest. Dlatego chyba najszybciej będzie wyliczyć co podczas tego okresu zmieniło się, jeśli chodzi o moje życie.

  1. Pierwsze i najważniejsze: samodzielne mieszkanie. Pierwszy szok przychodzi, gdy siedzę wieczorem sama w pokoju i nie ma wokół nikogo kto by się tam krzątał. Jest pusto i spokojnie, a po chwili nawet obco. Przypominam sobie, że przecież nigdy nawet nie miałam pokoju na własność. I brakuje tego, co tak często mi przeszkadzało - kogoś obok.
  2. Kilometry od domu. Teraz jest lepiej, ale na samym początku zasypiałam z przerażeniem. Panika pojawia się, gdy przychodzi uświadomienie, że przecież nie mogę rzucić wszystkiego i jechać do domu. Że miliony ludzi przez to przechodzą i przeżywają, a ja nie mogę okazać się słabsza. Nie mogę siedzieć w rodzinnym domu wiecznie, nawet jeśli bym tego chciała. 
  3. Jazda. Ponieważ jak ostatnio zostałam uświadomiona, w moim rodzinnym miasteczku są zaledwie trzy kursujące linie autobusów po mieście, dużym postępem było przyzwyczajenie się do nowej skomplikowanej komunikacji. Jest to jedna z tych rzeczy, które w mieście bardzo polubiłam i odczuwam nawet jako rodzaj rozrywki. Obserwacja ludzi i miasta podczas jazdy ma dla mnie też właściwości relaksujące. Poza tym pojawiają się też weekendowe podróże do domu podczas których zawsze znajdzie się ktoś do porozmawiania, czy to kolega z liceum z którym nigdy za dużo nie rozmawialiśmy a nagle gadamy jak starzy kumple czy też koleżanka z którą po dłużej urwanym kontakcie można się wreszcie porozumieć. Nic tylko jeździć!
  4. Nowe znajomości. Jak dziś stwierdziłam nie mogę określić ludzi dokładnie po dwóch tygodniach, ale na pewno czuję się w tym gronie lepiej niż w klasie licealnej. Mogę porozmawiać z każdym bez wyjątku, a nawet z ludźmi zza granicy i czuć się w ich obecności bardzo swobodnie. [Jedynym mankamentem jest obecność zaledwie dwóch chłopaków na całym roku, ale dobra, udaję, że mnie to nie rusza.] Dochodzą też bardzo fajni wykładowcy, z których tylko część nie rozumie podstawowych praw studenta i ogłasza wykłady obowiązkowymi. Policzyć ich jednak mogę na jednej ręce i dziękuję Bogu, że reszta jest naprawdę luźna w kontaktach i sympatyczna.
  5. Zajęcia po angielsku. Choć oczywiście spodziewałam się tego po angielskiej filologii to jednak przyznaję, że czasami przez to wszystko zamiast po polsku mam odruch mówienia w języku wykładowym, a nauka hiszpańskiego z tłumaczeniem na angielski bywa frapująca.Wiem jednak, że coraz bardziej wychodzi mi to na dobre, no i co bardzo ważne, jestem coraz bardziej zadowolona z tego, że ten a nie inny kierunek wybrałam. Czuję, że zostanie specjalistą w tej dziedzinie jest czymś co chcę osiągnąć i czuję niejako dumę, że (mam nadzieję) za kilka lat będę filologiem.

     Na pewno także zmieniło się to, że nie mam teraz tyle czasu co wcześniej na zwykłe czynności. Nie wiem, gdzie podziało się to beztroskie życie studenta, o którym tyle słyszałam. Bo nie widzę u siebie ani późnego wstawania, ani multum wolnego czasu na spotkania ze znajomymi, ani luzu w związku z tym, że to już nie liceum. W rzeczywistości okazuje się, że na uczelni jestem od rana do wieczora, przerwy spędzam prawie zawsze w ksero, a z wieloma znajomymi nie miałam nawet czasu się jeszcze spotkać. Mam nadzieję, że jeszcze się coś zmieni, a to wszystko dotychczas ma nas tylko przestraszyć.
Pozdrawiam,
⁞☼ Kinga ☼⁞

niedziela, 6 października 2013

Pierwszy tydzień.

          Powoli ogarniam siebie i wszystko dookoła. Bo jak wiecie - a może i nie - jeszcze 10 dni temu byłam święcie przekonana, że w tym roku, za nic w świecie studentką nie zostanę. Cały galimatias z przeprowadzą i szybkim dostosowaniem się trwa, ale mam nadzieję, że jednym z jego ostatecznych punktów jest wczorajsza przeprowadzka (mieszkałam na walizkach u siostry), ponieważ znalazłam ODPOWIEDNIE mieszkanie. Teraz tak sobie pomyślałam, że mogłabym napisać całą, oddzielną notkę o moich poszukiwaniach, ale jeszcze o tym pomyślę. W każdym bądź razie znalazłam, jak mi się zdaje, coś odpowiedniego i to dosłownie rzut beretem od mojej uczelni, więc i na bileciku zaoszczędzę. Na razie nie mam za wiele czasu, bo uczelnia, nauka i poszukiwanie mieszkania pochłonęły mnie całkowicie. W perspektywie nie widzę powiększenia ramki "czas wolny", więc blogi zaniedbuję. Nie wiem dlaczego jest mi tak z tym wszystkim ciężko, może to "wina" tego, że wybrałam się na studia w 2 dni...
          Jednak wszelkie trudności wynagradza mi myśl, że jestem studentką I roku farmacji, czyli kierunku moich marzeń (tak, tak, wcześniej to był lekarski, ale trochę się przewartościowałam).

Hej, może tak źle nie będzie, no nie? :P

Notka na szybko, na razie nie odwiedzę Waszych blogów, może w wolnej chwili po 2-3 i w ten sposób to nadrobię. :) Jak u Was pierwszy tydzień studiów?

Pozdrawiam, Katarzyna.

piątek, 27 września 2013

Odwiedziny.

     I już prawie! Już prawie jestem gotowa na przeprowadzkę i zaczęcie, jak to się mówi, nowego etapu w życiu. Tak naprawdę jednak, zapytana jak się czuję, odpowiem jednym słowem. Przerażona. I mało w tym mojej ekscytacji, a raczej zwyczajnej niechęci i strachu. Z drugiej strony jestem pewna, że za miesiąc to tam będę się czuła dobrze i pewnie z czasem przestanie mnie nachodzić ta ogromna chęć powrotu do domu.
     W związku z tym, że zamieszkam w Białymstoku już od niedzieli, postanowiłam załatwić w rodzinnym miasteczku kilka spraw. Jedną z nich było odwiedzenie świetlicy, w której byłam wolontariuszem w poprzednim roku szkolnym, a której nie odwiedzałam już przez kilka miesięcy. Jak się jednak okazało, pamiętali mnie tam. Czasami są takie sytuacje, gdy wracanie do przeszłości zapiera dech w piersiach i wzrusza w ten swój wyjątkowy sposób. Bo gdy tylko weszłam do sali kilkoro dzieci rzuciło się na mnie, czepiając się wszystkiego, a reszta zaczęła do mnie krzyczeć. Byłam oczywiście bardzo zaskoczona. Gdy chodziłam do nich regularnie kilka razy w tygodniu zdarzało się często, że któreś z nich się przytuliło czy skomentowało coś mile. W końcu takie są dzieci, bezpretensjonalne, szczere i często bardzo otwarte. Chyba po części byliśmy wtedy tak do siebie przyzwyczajeni, że nie zauważyłam ile naprawdę znaczą dla mnie ci mali ludzie. Nagle czas mojej nieobecności złączył się w całość i miałam niesamowicie czułe przywitanie. Poczułam się z tym niesamowicie, gdyż po tamtym okropnym tygodniu wreszcie mogłam zobaczyć coś więcej niż ciężar życia.
     Niestety to przywitanie miało też ciąg dalszy, o którym dużo bardziej przykro jest wspominać. O ile dzieci zachowały się fantastycznie, o tyle mniej mile widzianą byłam tam przez szefa. A właściwie przez szefa mojego znajomego, który świetlicę prowadzi. Trafiłam akurat na ten jeden dzień w tygodniu, w którym to on sprawował opiekę. Ku mojej ogromnej radości. Problem polegał na tym, że gdy weszłam trwały akurat zajęcia i nieopatrznie w nich przeszkodziłam. Albo raczej, dzieci nie mogły się skupić ponownie po moim pojawieniu się. Spojrzałam na szefa i widziałam jak kręcił do mnie głową bardzo niezadowolony, z miną jakbym mu co najmniej porsche skasowała. Zmieszałam się oczywiście bardzo, po czym odpędziłam od siebie dzieci, choć jedyne co chciałam zrobić to je powyściskiwać. 
     I ja wiem, szefowie mają to do siebie, że mogą sobie pozwalać na różne rzeczy. Ale nie, gdy chodzi o instytucję charytatywną i nie, gdy pracownikami w niej są w większości pedagogowie i psycholodzy. Będąc przez pewien czas wewnątrz i widząc jak działa ta organizacja muszę powiedzieć, że wygląda to nie najlepiej. Często można tam znaleźć ludzi bez powołania, chęci do pracy lub zwyczajnie bez odpowiedniego przygotowania pedagogicznego. Przyszło mi na myśl, że to nie zawsze jest tak, że dzieci nie lubią kogoś, bo jest zbyt wymagający. Czasami ludzie są tam za bardzo surowi w obyciu i za bardzo psujący atmosferę w miejscu, które ma być dla wielu lepszym domem. Skoro ja sama najchętniej unikałabym tych ludzi, to jak mają je lubić dzieci? One słuchają się, ale nie szanują. Boją się, że szef zacznie ich ciągać za uszy (!), żałując, że nie może uderzyć jak za dawnych czasów, bądź, że powie jakąś cudowną frazę w swoim stylu. W stylu dalekim od delikatności i subtelności, a nawet kultury.
     Ostatecznie jednak po wizycie wróciłam do domu i żałowałam, że nie mogę być dłużej częścią tego wszystkiego. Wiele się tam nauczyłam, widziałam rzeczy wzruszające i smutne, zżyłam się z pracownikami i dziećmi. Chciałabym wrócić tam za jakiś czas i zobaczyć dzieci roześmiane, a szefa przejętego przede wszystkim ich losem.
Pozdrawiam,
⁞☼ Kinga ☼⁞

niedziela, 22 września 2013

Kwestia piękności.

          Ostatnio uświadomiłam sobie, że kwestia urody i poczucia piękności siedzi w głowie, trzeba dostrzec w sobie piękno, wewnętrzne i zewnętrzne. Każda kobieta jest piękna. Nie, może inaczej - każda kobieta może być piękna.
          Po pierwsze jest wiele kosmetyków, które (nie oszukujmy się) mogą nam pomóc w "poprawieniu" wyglądu, a co za tym idzie pewności siebie. Jeśli natomiast jesteśmy pewne siebie, to emanujemy poczuciem własnej wartości, dzięki której też jesteśmy ładniejsze. W ten sposób koło się zamyka. Wracając jednak do kosmetyków. Wyśmiewane są tapeciary, promowane naturalne piękno (zazwyczaj przez kogoś, kto jest już jakimś wstrzykiwaniu), powszechne mówienie, o tym, że faceci wolą naturalne piękno, a nie otynkowane plastiki. Oczywiście, jak we wszystkim w życiu ważny jest umiar. To, że ceniona jest naturalność - ważniejsza jest ta w zachowaniu, ale nie o tym - to  nie znaczy, że jak się pomalujemy to będziemy nazywane tapeciarami. To nie znaczy, że trzeba kompletnie zrezygnować z fluidów, podkładów, pudrów, błyszczyków, pomadek, kredek, cieni, różów i miliona innych kobiecych skarbów. I jak dla mnie nie ma w tym nic złego, bo gdy jestem pomalowana, to wzrasta moja pewność siebie i nie uważam, aby miało to oznaczać, że jestem pusta, plastikowa lub jeszcze nie wiadomo jaka. Maluje się prawie codziennie i poprawiam swój wygląd, staje się ładniejsza i jest to dla mnie całkiem normalne, nie widzę żadnego powodu, aby ktoś miał mnie wyśmiać lub krzywo popatrzeć. Zaczepię tu minimalnie temat operacji plastycznych. Nie mam nic przeciwko poprawieniu sobie tego czy owego, gdy robi się to dla siebie. Gorsza sprawa, gdy ktoś chce się na siłę przypodobać płci przeciwnej. Sama raczej bym się na coś takiego nie zdecydowała, a zresztą to jest bardzo drogie. Jeśli są możliwości to spoko, ale bez przesady, bo czasem ciężko patrzy się na zdjęcia kobiet, które nadużyły zabiegów u chirurga.
         Dalej, uśmiech. Gdy się śmiejemy świat odbiera nas o wiele pozytywniej. Każdy woli przebywać ze śmieczkiem, a nie smutasem. ;>  Wdrażam w swój repertuar min uśmiech i używam go coraz częściej. Oczywiście ciągle nie da się opalać ząbków, bo czasem zmęczenie i zły dzień dają w kość, ale warto o tym pamiętać. 
          Zadbanie. O włosy, ciało, ubranie (w dobie rosnącej popularności secondhandów nie trzeba wydawać fortuny, aby ładnie i modnie się ubrać), buty i całe otoczenie. Co tydzień robię sobie 1,5 h na pielęgnację ciała, wiecie peelingi, maseczki, paznokcie (takie badziewie czasem produkują, że co drugi dzień muszę malować), piętki i takie inne babskie przyjemności. 


Wiara w siebie! Dostrzeganie piękna w sobie, bo przecież wszystkie jesteśmy śliczne i urocze. :)

Pozdrawiam, Katarzyna.

sobota, 14 września 2013

Youtube.

   Z zamiarem napisania czegoś o Youtube noszę się już właściwie bardzo długo. Ale wreszcie dziś nadarzyła się okazja wspomnieć coś więcej, zwłaszcza, że zakatarzony nos i bolące gardło odejmują mi trochę ochotę na głęboką analizę moich myśli. Skupię się więc na czymś, co w jakimś zeszłym tagu określiłam jako moją ulubioną stronę internetową.
   Czasami nadchodzą takie dni, kiedy buszując po internecie natrafiamy na coś co zainteresuje nas na dłużej. Dla mnie początkowo były to youtubowe recenzje kosmetyków, pokazanie makijaży i inne takie bardzo głębokie filmiki. I tak oglądałam je bardzo regularnie, całkiem sporo się dowiedziałam i wiele z nich wyniosłam. Potem do subskrypcji zaczęli wpadać przeważnie zagraniczni vlogerzy, robiący krótkie wideo o swoich poglądach na życie tudzież chodzący wszędzie z kamerą i pokazujący nawet prywatne aspekty swego życia. Jako że zawsze byłam ciekawska i lubiłam interesować się życiem innych ludzi za granicą, tak dałam się wciągnąć w wir tego wszystkiego. I do dziś skrzynka subskrypcji jest zawalona tak, że za nimi nie nadążam.
   Zdecydowanie jednak spośród wszystkich partnerów Youtube, najbardziej zapałałam sympatią do Louisa, o którym już tu kiedyś wspominałam. Na pierwszy rzut oka - długie dredy, bardzo swobodny styl, kanał o jedzeniu wszystkiego, łącznie z żywymi skorpionami (foodforlouis). Zaintrygowana szukałam dalej i doszukałam się drugiego kanału (funforlouis), jego codziennych vlogów z różnych końców świata, relacji z akcji charytatywnych, wreszcie filmiku w którym opisuje swoje bogate w doświadczenia życie. Zachęcający do życia bez alkoholu, papierosów i narkotyków stał się dla mnie żywym przykładem na to, że pierwsze wrażenie może bardzo zmylić, a dla wielu swoich widzów jest czymś w rodzaju wzoru do naśladowania. 
   Przy okazji nie mogę nie wspomnieć o bardzo specyficznej vlogerce, Talii, która na pewno wbije mi się w pamięć na bardzo długie lata. Pamiętam jak dziś, gdy jeszcze przed rokiem natrafiłam na jej kanał. Bardzo młoda dziewczynka, rzucający się bardzo w oczy pełny i wyrazisty makijaż i rzucająca się jeszcze bardziej łysa główka. Przeraziłam się widząc to wszystko i od razu rzuciłam do czytania komentarzy. Połowa z nich oczywiście dotyczyła krytyki, ile tego makijażu, psuje sobie młodziutką skórę, niech się zastanowi co robi. A druga połowa - dajcie jej spokój, niech nacieszy się życiem, bo zostało go jej kilka miesięcy. Łzy mi pociekły i wyszłam z jej kanału jak poparzona, żeby już nigdy nie musieć na to patrzeć. Bo sama dziewczynka była uśmiechnięta, profesjonalnie opisywała to o czym mówiła, była po prostu... energiczna i radosna jak słoneczko. Widać było jak wielką radość sprawia jej to co robi, jak wiele znaczy dla niej to, że filmikami może się dzielić z całym światem. I to jest chyba najlepsza reklama Youtube'a jaką mógłby ktokolwiek napotkać.

       † Tak jak miałam już więcej nie znaleźć się na kanale Talii Castellano, tak oczywiście znalazłam się tam przez przypadek całkiem niedawno. I czego mogłam się przecież spodziewać, natrafiłam na informację, że zmarła w lipcu tego roku, na miesiąc przed 14 urodzinami, po 6 latach walki ze swoją chorobą nowotworową.
   
Pozdrawiam,
⁞☼ Kinga ☼⁞ 

sobota, 7 września 2013

Wiara w siebie.

          Może nie tyle w samego siebie, ale w innych. Zaprzestanie oceniania tych, którzy mają taką wiarę i ją pokazują, dając innym czasem radość i nadzieję. Wczoraj oglądałam mecz siatkówki, Polska-Holandia. Cieszyłam się ogromnie, bo jestem fanką siatkówki, a reprezentacja od niedanej LŚ nie grała meczów, które były transmitowane przez anteny polsatu. :) Wracając do pierwszych zdań mojego postu. Jak myślicie, zapowiadanie wielkiej formy, wypowiedzi typu: jedziemy tam po medal, to zuchwalstwo czy raczej kwestia wiary w siebie i przekazanie tej wiary, która przekłada się na nadzieję, kibicom? Piszę to pod kątem mentalności typowego Polaka (mówią, że Polacy tylko narzekają, marudzą, najpierw się podpalają, a potem i tak jest zawsze tak jak jest, do tego dorzuciłabym brak doceniania mistrzów). Tato twierdzi, że bez sensu są wypowiedzi "ekspertów", które są pełne przechwalania się, skoro jeszcze nic nie ugraliśmy. Oczywiście ma rację, ale to ich praca, muszą coś gadać. :P Silnym argumentem były mistrzostwa świata lub Europy (nie orientuję się w temacie) w koszykówce. Nawet sami zawodnicy mówili, że to najlepsza drużyna, jaką mieli, a podobno przegrali już dwa mecze i mają tylko matematyczne szanse na wyjście z grupy. Moim zdaniem nie zrobili nic złego mówiąc o tym, że są silni, no dobra, czują się silni. Tak budują i pokazują wiarę w siebie. Gdyby mówili, że i tak są słabi, najsłabsi w grupie, i tak dostaną baty i sromotnie przegrają, to jaki sens w ogóle walczyć? Trzeba wierzyć w siebie i pokazywać to innym, prawdziwi kibice są dumni po zwycięstwie, ale i wierni po porażce. W taki sposób dają nam nadzieję i radość, gdy siadamy przed telewizorem, zaciskając kciuki, bo wierzymy, że może im się udać. Tato zauważył tylko, że Bartosz Kurek popsuł zagrywkę, komentator dorzucił, że to już któraś z rzędu i od razu ocenił, że jest do zmiany, że gra słabo. A czy widział kilka skutecznych ataków na potrójnym bloku lub te efektowne ataki nad blokiem? Nie jestem jego fanką (żeby nie było, że słodzę), ale doceniam wkład w reprezentację. To samo jest z innymi zawodnikami, dyscyplinami. Po jakichś nieudanych mistrzostwach zapominamy, że wcześniej byli mistrzami lub wicemistrzami. To, że nie jesteśmy hegemonem cały czas, to nie znaczy, że nie mamy świetnych zawodników. Myślę, że to wszystko zasłania trochę obraz piłki nożnej, która jest naszym sportem narodowym. Niestety oczekujemy tu zaskakujących wyników, których na razie nie możemy otrzymać.
          Tak więc, mniej marudzenia, więcej wiary w innych i przede wszystkim w siebie, bo to głównie ona daje nam siłę do bycia mistrzem w swoich własnych zawodach. :)



Pozdrawiam,
Katarzyna.

niedziela, 1 września 2013

Trzy strony życia.

   Ten tydzień był wyjątkowo zalatany jak na moje dotychczasowe wakacje. Wtorek praca, czwartek i piątek spędzone u koleżanki (i wreszcie odwiedziny Świętej Góry Grabarki, które marzyły mi się od dawna), sobota na wsi u babci, dziś rozjazd po sklepach. Wszystko to oznaczało mnie za kółkiem, co chyba świadczy o tym, że rodzinka powoli zaczyna mi ufać jeśli chodzi o mój wątpliwy talent motoryzacyjny. Ale pomimo tego, że codziennie miałam coś do roboty, to pojawiały się momenty kiedy zaczęłam coś zauważać.
   Pamiętacie te czasy, kiedy jako dzieci zazdrościliście czegoś dorosłym? Bo ja tak. Pamiętam to tekturowe koło, które służyło mi za kierownicę i kawałek rury od odkurzacza będący skrzynią biegów, rozwalone na moim łóżku, będącym... samochodem. Pamiętam także książki udające laptopy, w środku których przyklejone były kartki z literami qwerty. Poza tym zawsze bardzo lubiłam bawić się swoimi ciuchami, składałam je i rozkładałam udając, że pracuję w sklepie z ubraniami.
   I ponieważ w przeciągu tego roku bardzo mi się życie wyprostowało, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że istnieją trzy konkretne słowa, którymi mogłabym je opisać. Po pierwsze piękne, a najpiękniejsze właśnie w tym momencie w którym zauważamy ziszczone marzenia i nasze osiągnięcia. Po drugie trudne, w chwili gdy zdajesz sobie sprawę, ile bliscy, my sami i czasami obcy ludzie za te osiągnięcia i uzupełnione cele płacimy. I po trzecie zaskakujące. Wtedy, gdy odkrywamy, że coś trudnego jednak ma swoje zalety i może przynieść nam często w zaskakujący sposób coś dobrego.
   Bo jak to wygląda teraz, po kilku latach? Lubię i mogę prowadzić prawdziwy samochód, o ile akurat na parkingu nie walnę cudzego... By nauczyć się jak nie dopuścić do tego następnym razem. Siedzę z prawdziwym laptopem na kolanach, przez który moi rodzice musieli przez miesiąc zaciskać pasa... Ale który tym więcej dla mnie znaczy i który bardziej przez to szanuję. I dorabiam w prawdziwym sklepie z moich dziecinnych marzeń, co skończy się sprawiając mi wielką przykrość wraz z październikiem... Ale i pozwala chodzić teraz do pracy z uśmiechem, doceniając każdą chwilę. I tak sobie myślę, że im dalej rozglądałabym się wokół, tym więcej bym tego zobaczyła. Tych rzeczy udowadniających, że życie ma trzy strony.
   Chwile, które akurat nie są wypełniane użalaniem się nad sobą, poprzeplatane są właśnie często tymi innymi, gdzie dostrzegam ile mam powodów do szczęścia. Chyba czas wypisać i uszeregować sobie listę mych marzeń, żeby za kilka lat dostrzec ile z nich się spełniło i móc się pod nosem uśmiechnąć.
Pozdrawiam,
⁞☼ Kinga ☼⁞

sobota, 24 sierpnia 2013

Od chaosu do wszystkiego, co oczywiste.

          Ostatnio w moim życiu panuje chaos i dezorganizacja. Teraz wiem, że lubię sobie planować, organizować, zapisywać. Dla mnie to kolosalna różnica, bo gdy wiem co mam zrobić nie tracę czasu. I nie jest to obsesja na punkcie marnowania czasu, tylko zdenerwowanie pojawiające się po dłuższej bezczynności. Poza tym dowiedziałam się, że jestem w niektórych sprawach perfekcjonistką, jak sprzątam - nie może być grama kurzu (tak, zdarza mi się oglądać Perfekcyjną, nie, nie robię testu białej rękawiczki), gdy robię jedzenie - musi to ładnie (jak na moje możliwości) wyglądać. Jedynie brak mi perfekcji w ubieraniu, czesaniu i robieniu makijażu, bo moim niedoścignionym wzorem jest moja ukochana siostra. Obie zresztą podziwiamy Kożuchowską, bo kojarzy nam się z dopracowaniem, elegancją, kobiecością, perfekcją.

  

          Podczas tych niechlubnych dwóch tygodni dezorganizacji miałam sporo czasu na przemyślenia, przemyślenia różnego rodzaju. Począwszy od praw rządzących dzisiejszym światem, poprzez ogólnie rozumując relacje międzyludzkie i idealizację mojej przyszłości, a kończąc na relacjach panujących wśród moich najbliższych, rodziny. Im bardziej zagłębiam się w to wszystko, tym mniej czuję - ach, jaka ze mnie patriotka - przywiązanie do mojej małej ojczyzny, czyli miasteczka bez perspektyw oraz tej większej, czyli kraju, gdzie liczą się układy, znajomości, ale także nie ma perspektyw na coś lepszego, bo co najwyżej jednych mogą zastąpić drudzy, którzy i tak nic konkretnego nie zmienią. I ja, mając 19 lat, czuję niepewność, obawę i ogólną niechęć do przyszłości. Ma to może związek z tym, że wyrywam się z ogólnie panującego szablonu, czyli od razu po maturze nie idę na studia. Ludzie wokół krzyczą, że zmarnuję rok, podają mi kilkanaście argumentów, które nauczyłam się chować w kieszeń i podczas ich nieobecności jak najszybciej ją opróżniać, ponieważ ja mogę im podać dwa razy więcej argumentów, z których połowy nie zrozumieją, bo nie są mną i nie mogą poczuć tego co ja. Nie mam już siły na tłumaczenia. Nie jest to brak siły do obrony swojego zdania, choć jak każdy mam chwile zwątpienia, ale do wyjaśniania tego, w jaki sposób chcę przeżyć swoje, własne, prywatne i otrzymane na wyłączność życie. Zmieniłam się, wiem czego chcę, nie jestem już małą dziewczynką, leniwą do bólu i idącą za tłumem, bo papierek w miażdżącej większości przypadków nie jest wiele wart, a można rzecz, że nic. Nadal kształtuję swoją osobowość, bo jak przeczytałam niedawno na jakimś blogu - tylko krowa nie zmienia zdania. Wcześniej się tego wstydziłam, teraz jestem dumna, bo dopiero poznając świat, możemy wyciągnąć jakieś wnioski. Czego mi brakuje? Życia chwilą i teraźniejszością, nad tym popracuje. Zbyt idealizuję swoje przyszłe życie, zbyt mocno popadam w marzenia. Denerwuje mnie to, że świat wymaga tego, aby człowiek stał się cyborgiem, a przecież tak nigdy się nie stanie. Można osiągnąć oszałamiający sukces zawodowy, ale zapewne kosztem rodziny. Zresztą teraz posiadanie dziecka nazywane jest luksusem i zaczynam to coraz bardziej rozumieć, bo jak posłucham ile na wyprawkę (bez podręczników) wydała koleżanka mojej siostry dla dwóch córeczek - przyszłej pierwszo- i trzecioklasistki to nie potrafię tego nawet odpowiednio skomentować. Kredki muszą być konkretnej firmy i oczywiście nie mniej niż 12 kolorów, to samo z farbami i innymi przyborami. Na takie "duperele" wydała 800 zł. I jak to skomentować? Niby pieniążki szczęścia nie dają, ale lepiej popłakać w ferrari, no nie? Obecnie są mi potrzebne pieniądze, których nie mogę zdobyć, nie tylko dla siebie, ale też dla osoby, którą kocham ponad wszystko co istnieje. Potrzebne do drogi do szczęścia, oczywiście bez nich też nam się na pewno uda, ale trzeba pocierpieć i schować język za zębami.

  

          Czasem przychodzi ochota, aby pomarudzić i napisać to co oczywiste. Od razu lżej, moc wygadania się jest aktualna. :) Piękne ikony z bloga Jet, dziękuję serdecznie. Przerywam czas zaniku życia blogowego i wkrótce pozaglądam na Wasze blogi. :)

Pozdrawiam,
Katarzyna.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Atrakcyjność.

     I przyszło znowu coś napisać, a raczej niewiele się ostatnio wydarzyło. Wakacje upływają i z coraz większymi nerwami (czasami przeplatanymi chwilowym podekscytowaniem) wyczekuję października. Słońce nieuchronnie zaczęło już od kilku dni szybciej zachodzić, temperatura bardzo powoli spada i czuję, że zanim się spostrzegę znowu będę przystrajać choinkę. Mogę chyba nawet powiedzieć, że tego wyczekuję. Jesień, moje urodziny, potem zima, biały puch za oknem... Czas leci tak szybko, nawet jeśli teraz mam wrażenie, że stoi w miejscu.
    I teraz także, mając dużo czasu na myślenie, po raz kolejny wałkuję sobie w głowie kwestie relacji międzyludzkich. Zauważyłam, że w ostatnich miesiącach spowiadając się mam stałą rzecz o której bardzo często muszę wspomnieć. Że niestety, oceniam ludzi po wyglądzie i po tym co robią. Nie sądzę, aby było to na jakimś strasznym poziomie, bo nikogo nigdy nie skreśliłam z tych powodów zupełnie, ale jednak za często sam wygląd zwraca moją uwagę. Jeśli chodzi o chłopaków, bo głównie ich to dotyczy, to nie ma w moim pobliżu takiego, który sprostałby moim wymaganiom. Zastanawiam się, czy gdyby kolega z którym ostatnio piszę był wysokim, przystojnym i ogólnie atrakcyjnym fizycznie chłopakiem to mogłabym zobaczyć w nim kogoś więcej? I szczerze, nawet sobie nie potrafię wyobrazić takiej sytuacji, albo boję się jej rezultatu. Nie chciałabym być aż tak płytka, a odnoszę wrażenie, że to jak wyglądamy to nieodłączna część nas, której nie można tak sobie pominąć. Gdy czytam książkę od razu wiem, że wolę jako bohatera romantycznego wyobrazić sobie na przykład Matthew Andersona (i tu fanki siatkówki pewnie w większości się ze mną zgodzą, nie? Kasia to na pewno :)) a nie kogoś mniej atrakcyjnego. No i oczywiście siebie w roli romantycznej bohaterki przytulonej do jego boku.
     Pociesza mnie chyba tylko to, że każda z nas ma własny gust i to on jest wyznacznikiem. Kiedyś usłyszałam, że o chłopaku, który mi się wówczas podobał, dziewczyny z klasy mówiły jako o 'wyglądającym jak zarośnięty żul'. Mało się wtedy nie zakrztusiłam tym co jadłam, bo jak to... Przystojniak, niebieskie oczy, tajemniczy zarost - to widziałam ja. No i właśnie, czasem patrząc na parę z boku może powiedzieć, że fajnie, że dana osoba nie zwraca uwagi na wygląd, a na charakter. Ale czy to na pewno tak jest, czy zwyczajnie ta osoba jest w guście drugiej, w guście po prostu odmiennym od naszego?
Pozdrawiam :)
◄| Kinga |►

wtorek, 13 sierpnia 2013

Take what you need.


Ja wzięłabym miłość i odwagę. A Wy? :)


Pozdrawiam, 
Katarzyna. :>

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Tym razem inspiracja muzyczna.

      I stało się. Wczoraj dostałam już klucze do nowej stancji na studia, więc nieodwołalnie wprowadzam się tam za niecałe dwa miesiące. Przerażona i podekscytowana w jednym, bo inaczej nie mogłabym tego nazwać. A jednak wczoraj przez cały dzień jeździłam z rodziną po Białymstoku uśmiechając się i rozmyślając jak fajnie tu może być. Myśląc sobie, że za kilka miesięcy będę znała większość miejscówek w mieście i będę już kompletnie pozbawiona strachu a tylko zadomowiona. I czy za kilka lat też będę tam mieszkała i jak to się wszystko ułoży.

Boże wiedzieć chcę
Czy wszystko ma na pewno sens
Ty jedyny wiesz
Co komu z nas pisane jest
Jak wytłumaczysz mi znów brak współczucia w nas
Tak trudno odróżnić nam dobro od zła
Czy wiedzieć chcesz, że z każdym mym dniem
Bardziej i mocniej ten odczuwam lęk

     Lubię gdy coś skłania mnie do większych refleksji. Ta piosenka ma chyba multum interpretacji, tym lepiej wsłuchać się przy niej w siebie. Często zresztą zastanawiam się jak to się dzieje, że pewne utwory, choć nawet nie w naszym stylu muzyki, wywołują pewne niepowtarzalne uczucia. Na przykład wczoraj w nocy przeskakiwałam z kanału na kanał i trafiłam na transmisję Festiwalu Transatlantyk. W życiu o nim nie słyszałam, jest zresztą jak się okazuje bardzo młody i nastawiony na coś, czego zazwyczaj nie doświadczam. I tak sobie w pewnym momencie pomyślałam - posłucham. 
     Skończyło się na tym, że po jednym wybitnym dyrygencie wszedł drugi, potem trzeci, przy każdym grana muzyka była tak piękna, że nie mogłam się oderwać. A potem wszedł sobie długowłosy Leszek Możdżer i kompletnie mnie powalił. Jak ten pianista to robi, myślałam sobie z wybałuszonymi oczami. Co prawda słyszałam o nim wcześniej, ale... jak to ja niekoniecznie zainteresowałam się w tamtym czasie tego rodzaju muzyką. Lubię ludzi, którzy są szczególnie wybitnymi w swoich dziedzinach, myślę o nich z wielkim szacunkiem i podziwem, ale. Taka muzyka i ja to nie ten tego. Widać wczoraj był ten dzień w którym właśnie ta a nie inna muzyka do mnie dotarła.


     Słuchając muzyki fortepianowej, tak samo jak patrząc na piękne widoki myślę sobie często o tym jak piękne jest to co Bóg stworzył. Takie myśli pojawiają się, zachwycam się tym wszystkim, a potem do pokoju wpada jakiś członek rodziny z pretensjami o coś czy krzykiem. Wyrwana z zachwytu dopiero wtedy widzę, że sam świat jest piękny i dobry, a to ludzie go psują. 

Pozdrawiam,
◄| Kinga |►