niedziela, 24 listopada 2013

O nowym i Świętach, co już je czuć.

College Life - Exam Week by osy057  Czas wreszcie odłożyć wszelkie zalegające przy mnie prace domowe i skupić się na odwiedzeniu własnego bloga. Stwierdzam, że nie było mnie tu tak dawno, że aż nie pamiętam o czym pisałam ostatnio ani kiedy ostatni raz czytałam jakiś post. Ogólnie minęły już prawie dwa miesiące w nowym mieście i muszę przyznać, że czuję się tu coraz lepiej w czym na pewno pomagają najbliższe osoby. Już teraz czuję, że studia rzeczywiście mogą zmienić się dla mnie w najlepszy okres w życiu. Ale może lepiej nie zapeszać.
  Pomimo mojego ciągłego narzekania na brak czasu, egzaminy ustne i ciągłą naukę, jestem na prawdę szczęśliwa z powodu tego jak to wszystko się potoczyło. Dziś wracając z domu słuchałam jak dziewczyny w autobusie rozmawiały o maturze, studniówce i prawie jazdy. Uśmiechałam się tylko pod nosem wspominając jak to było rok temu. Gdy sama jeszcze byłam przed tym wszystkim, zestresowana egzaminami, jazdami i tym z kim iść na studniówkę. Rok temu chciałam, aby było już po wszystkim. No i jest. I co cudowne, gdybym dziś ponownie miała dokonać wyboru co ze sobą zrobić, ani chwili nie wahałabym się by postąpić tak samo.
  Tym, co jeszcze bardziej podsyca moje dobre samopoczucie, jest na pewno atmosfera zbliżających się Świąt. Galeria, którą codziennie mijam świeci się już świątecznie, na rynkowej fontannie przygotowane do zapalenia stelaże odświętne, w delikatesach choinki. Wiem, że dla wielu może to być za wcześnie, ale dla mnie nigdy nie stanowiło to problemu. Wręcz przeciwnie, chciałabym, aby ten okres zaczynał się jak najwcześniej, aby móc nacieszyć się cudowną atmosferą na cały rok. Już zresztą oczekuję odpowiedniego momentu, aby po raz któryś sięgnąć po wprowadzające w cudowną atmosferę 'Listy do M.', po których zawsze oczekuję, że ktoś we mnie tak trafi śnieżką. Kupiłam też jabłkowo-cynamonową świeczkę i powiesiłam na drzwiach adwentowego mikołaja. No a za tydzień planuję już ostatnią imprezę (i drugą porządną dopiero, ech te studenckie życie), aby wyciszyć się przed Narodzeniem.
  Co dziwne, w następny weekend też po raz pierwszy zdecydowałam się nie wrócić do domu. Wiedziałam, że jestem do rodziny bardzo przywiązana, ale chyba nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak. Zresztą widując ich wszystkich w weekendy nabieram jakiejś siły na nowy tydzień i chętniej ruszam na uczelnię, aby czym prędzej do domu wrócić. To dopiero nazywa się siła motywująca :)
<college life>
Miłego tygodnia!
KINGA

niedziela, 10 listopada 2013

+6 + (-4) = +2, czyli rachunek mojego nastroju

         Jakimś trafem dopadła mnie melancholia spowodowana myślą o tym, że mój rodzinny dom już nigdy nie będzie tym, w którym będę mieszkała na stałe. Druga sprawa to to, że piękne chwile uciekają w mgnieniu oka. Trzecia jest taka, że dorosłość jest ciężka i mam dość bycia zawsze rozważną osobą. Czwarta sprawa to bezsilność spowodowana brakiem możliwości do odpuszczenia sobie i kompletnego olania, bez spiny.
         Z drugiej strony czuję radość, z tego, że w końcu dopisało mi malutkie szczęście, życie znowu mnie zaskoczyło, w najmniej spodziewanym momencie. W końcu karta się obróciła. Drugi powód mojej radości, to spotkanie z przyjaciółką z LO, miałyśmy iść razem tylko na imprezę, a wyszło tak, że potem u mnie nocowała i widziałyśmy się w piątek, sobotę i dzisiaj też. Znowu poczułam przywiązanie do Boga, które ostatnio gdzieś zniknęło. Poznałam sporo fajnych ludzi w sytuacji, która wydawała mi się beznadziejna. I teraz piąta sprawa, bo przecież plusów musi być więcej niż minusów, idę wypić gorące mleko z miodem, wskakuję po kołderkę i idę spać! :) 6 plus wpadł mi właśnie do głowy, moja Chrzestna poprosiła mnie na świadka na swoim ślubie, czuje się wyróżniona i szczęśliwa, że wybrała właśnie mnie. Są ludzie, którzy nadają naszemu życiu sens i to jest piękne! Bez nich zginęłabym śmiercią tragiczną.
         Z tonową cegłą przygniatającą mi wnętrzności olewam dziś chemię, wrócę do tego jutro. Nie ma spiny, są drugie terminy, chociaż wolałabym zaliczyć kolokwium z biologii i genetyki w pierwszym, we wtorek wyniki. :) 3majcie kciuki. :>


Pozdrawiam, Katarzyna.

sobota, 26 października 2013

Pod wrażeniem dojrzałości.

   Postanowiłam skorzystać z tego, że przyszedł weekend i chce mi się robić wszystko oprócz uczenia. Obok leży ogromna teka pełna zadań domowych i kserówek do ogarnięcia, która przecież nigdzie nie ucieknie. Niestety. A ja znów jestem w domu. Muszę przyznać, że czas mija bardzo szybko, może właśnie dzięki temu. W niedziele wyjeżdżam, wracam w piątki i tak co tydzień. Nie chce mi się tam zostawać na weekendy, ale muszę przyznać, że czasami łapię się na tym, że siedząc w domu tęsknię trochę za  uczelnią. Nie za tymi wszystkimi obowiązkami oczywiście, a za ludźmi, których w gruncie rzeczy widuję codziennie prawie całymi dniami. Przez ilość okienek, które nam zaserwowano mam zresztą okazję zwiedzić wszelkie kulinarne miejsca w mieście. Nie mam pojęcia jak wytrzyma to mój portfel, ale plany są ambitne. Jest to to czego właściwie zawsze brakowało mi w moim miasteczku, miejsc na wyjścia i spędzenie czasu ze znajomymi. A te wyjścia, co łatwo można zauważyć, bardzo scalają naszą grupę.
   Wczoraj rozmawiając z koleżanką w drodze powrotnej do domu stwierdziłyśmy, że studia to rzeczywiście okres zupełnie inny niż liceum. Zmieniamy się my sami, ale co mi osobiście najbardziej zaimponowało, spotykamy ludzi o wiele doroślejszych i dojrzalszych. Co rzuciło mi się w oczy to to, że większość otaczających mnie ludzi naprawdę jest skora do pomocy. Dziewczyna jeździ na wózku inwalidzkim? Jej koledzy z kierunku bez wysiłku, pretensji, a nawet żadnej prośby biorą wózek i znoszą ją po schodach. Mężczyzna w sklepie prosi o jedzenie? Kolega kupi mu więcej niż sobie, choć mówił mi wcześniej, że są to resztki jego pieniędzy. Porównując sobie te i wiele innych podobnych zdarzeń, które wydarzyły się w przeciągu tego miesiąca z czasami licealnymi, nasuwa mi się wniosek. Że albo nie miałam okazji zżyć się z tamtymi ludźmi, by widzieć ich w takich sytuacjach albo zwyczajnie nie byliby oni do tego skłonni. Nie wiem jak to jest, ale bardzo podoba mi się to co widzę teraz.
   I choć teczka z pracami do zrobienia razi mnie w oczy, to muszę się nią wreszcie zająć. Pierwsze poważniejsze zaliczenie przede mną i nie wypadałoby raczej go zawalić. ALE za tydzień długi weekend z którego już ogromnie się cieszę i nie mogę doczekać...
Pozdrawiam, 
⁞☼ Kinga ☼⁞

sobota, 19 października 2013

Co z tym narzekaniem?

Hej,
w ciągu minionych wakacji bardzo się zmieniłam. Przestałam narzekać. Naprawdę. Coś, sama nie wiem dokładnie co, pokazało mi, że warto cieszyć się z drobnostek, nie przejmować się tym co będzie, a przede wszystkim tym co było. Idę gdzieś, gdzie kompletnie nikogo nie znam? To nic, będzie dobrze, musi być. To zależy tylko ode mnie. I dobra, wiem, że teraz sobie pomyślicie, że to bzdura, bo inni ludzie mają wpływ na to, jakie jest nasze życie. Okej, ale moim zdaniem tylko i wyłącznie ludzie, którzy są nam bliscy, którym na nas zależy i vice versa. Oczywiście nie jest mi miło, gdy dowiem się, że ktoś mnie obgaduje lub coś w tym stylu, ale szybko o tym zapominam. Grunt to uświadomić sobie, że nie każdy musi nas lubić. Bo serio, Wy lubicie wszystkich ludzi, których znacie? Ja nie. I rozpaczać nie będę, gdy ktoś mnie nie będzie lubił. Druga kwestia to narzekanie na to jakie mamy ciężkie życie. Wyleczyłam się z tego, ale martwi mnie to, że pod wpływem innych ludzi znowu zaczęłam to robić. Nie chodzi o to, że to ich wina, że mają taki wpływ na mnie, ale ostatnio przebywam bardzo dużo w towarzystwie osób narzekających na praktycznie wszystko, co jest na uczelni. Przez pierwszy tydzień byłam wkurzona, że ciągle narzekają (a szczególnie jedna osoba), ale teraz zauważyłam, że sama zaczęłam im wtórować. Hm, to musi się zmienić! Przecież nikt nie kazał mi iść na te studia, sama, w pełni (no może przesadzam z tą pełnią, bo wejściówka 1 października?) świadoma, tego co mnie czeka, je wybrałam. Dlaczego warto zmienić swój sposób myślenia? Bo wtedy czuję się o wiele szczęśliwsza. Zamiast zawracać sobie głowę tym negatywnymi myślami, wypełniam ją pozytywnymi. Uogólniając i kierując się lekko w stronę studiów, to do mnie w punkt trafia dewiza : co nas nie zabije, to nas wzmocni. To samo z mówieniem, że czegoś mi się nie chce. Czy Wy też tak macie, że jak powtarzacie, że bardzo Wam się nie chce, to jeszcze bardziej Wam się nie chce? (mam nadzieję, że zrozumieliście to zdanie :))

PS: nie chcę wracać jutro, w domku jest taaak super!
PS2 : chyba pierwszy raz w życiu napisałam notkę w 10 minut! :)

Jak to wygląda u Was?
Pozdrawiam, Katarzyna.

niedziela, 13 października 2013

Co nowego u studenta.

     I już pierwsze dwa studenckie tygodnie za mną. Sama nie wiem do końca jak je ocenić, bo oczywiście tak jak się spodziewałam, łatwo nie jest. Dlatego chyba najszybciej będzie wyliczyć co podczas tego okresu zmieniło się, jeśli chodzi o moje życie.

  1. Pierwsze i najważniejsze: samodzielne mieszkanie. Pierwszy szok przychodzi, gdy siedzę wieczorem sama w pokoju i nie ma wokół nikogo kto by się tam krzątał. Jest pusto i spokojnie, a po chwili nawet obco. Przypominam sobie, że przecież nigdy nawet nie miałam pokoju na własność. I brakuje tego, co tak często mi przeszkadzało - kogoś obok.
  2. Kilometry od domu. Teraz jest lepiej, ale na samym początku zasypiałam z przerażeniem. Panika pojawia się, gdy przychodzi uświadomienie, że przecież nie mogę rzucić wszystkiego i jechać do domu. Że miliony ludzi przez to przechodzą i przeżywają, a ja nie mogę okazać się słabsza. Nie mogę siedzieć w rodzinnym domu wiecznie, nawet jeśli bym tego chciała. 
  3. Jazda. Ponieważ jak ostatnio zostałam uświadomiona, w moim rodzinnym miasteczku są zaledwie trzy kursujące linie autobusów po mieście, dużym postępem było przyzwyczajenie się do nowej skomplikowanej komunikacji. Jest to jedna z tych rzeczy, które w mieście bardzo polubiłam i odczuwam nawet jako rodzaj rozrywki. Obserwacja ludzi i miasta podczas jazdy ma dla mnie też właściwości relaksujące. Poza tym pojawiają się też weekendowe podróże do domu podczas których zawsze znajdzie się ktoś do porozmawiania, czy to kolega z liceum z którym nigdy za dużo nie rozmawialiśmy a nagle gadamy jak starzy kumple czy też koleżanka z którą po dłużej urwanym kontakcie można się wreszcie porozumieć. Nic tylko jeździć!
  4. Nowe znajomości. Jak dziś stwierdziłam nie mogę określić ludzi dokładnie po dwóch tygodniach, ale na pewno czuję się w tym gronie lepiej niż w klasie licealnej. Mogę porozmawiać z każdym bez wyjątku, a nawet z ludźmi zza granicy i czuć się w ich obecności bardzo swobodnie. [Jedynym mankamentem jest obecność zaledwie dwóch chłopaków na całym roku, ale dobra, udaję, że mnie to nie rusza.] Dochodzą też bardzo fajni wykładowcy, z których tylko część nie rozumie podstawowych praw studenta i ogłasza wykłady obowiązkowymi. Policzyć ich jednak mogę na jednej ręce i dziękuję Bogu, że reszta jest naprawdę luźna w kontaktach i sympatyczna.
  5. Zajęcia po angielsku. Choć oczywiście spodziewałam się tego po angielskiej filologii to jednak przyznaję, że czasami przez to wszystko zamiast po polsku mam odruch mówienia w języku wykładowym, a nauka hiszpańskiego z tłumaczeniem na angielski bywa frapująca.Wiem jednak, że coraz bardziej wychodzi mi to na dobre, no i co bardzo ważne, jestem coraz bardziej zadowolona z tego, że ten a nie inny kierunek wybrałam. Czuję, że zostanie specjalistą w tej dziedzinie jest czymś co chcę osiągnąć i czuję niejako dumę, że (mam nadzieję) za kilka lat będę filologiem.

     Na pewno także zmieniło się to, że nie mam teraz tyle czasu co wcześniej na zwykłe czynności. Nie wiem, gdzie podziało się to beztroskie życie studenta, o którym tyle słyszałam. Bo nie widzę u siebie ani późnego wstawania, ani multum wolnego czasu na spotkania ze znajomymi, ani luzu w związku z tym, że to już nie liceum. W rzeczywistości okazuje się, że na uczelni jestem od rana do wieczora, przerwy spędzam prawie zawsze w ksero, a z wieloma znajomymi nie miałam nawet czasu się jeszcze spotkać. Mam nadzieję, że jeszcze się coś zmieni, a to wszystko dotychczas ma nas tylko przestraszyć.
Pozdrawiam,
⁞☼ Kinga ☼⁞

niedziela, 6 października 2013

Pierwszy tydzień.

          Powoli ogarniam siebie i wszystko dookoła. Bo jak wiecie - a może i nie - jeszcze 10 dni temu byłam święcie przekonana, że w tym roku, za nic w świecie studentką nie zostanę. Cały galimatias z przeprowadzą i szybkim dostosowaniem się trwa, ale mam nadzieję, że jednym z jego ostatecznych punktów jest wczorajsza przeprowadzka (mieszkałam na walizkach u siostry), ponieważ znalazłam ODPOWIEDNIE mieszkanie. Teraz tak sobie pomyślałam, że mogłabym napisać całą, oddzielną notkę o moich poszukiwaniach, ale jeszcze o tym pomyślę. W każdym bądź razie znalazłam, jak mi się zdaje, coś odpowiedniego i to dosłownie rzut beretem od mojej uczelni, więc i na bileciku zaoszczędzę. Na razie nie mam za wiele czasu, bo uczelnia, nauka i poszukiwanie mieszkania pochłonęły mnie całkowicie. W perspektywie nie widzę powiększenia ramki "czas wolny", więc blogi zaniedbuję. Nie wiem dlaczego jest mi tak z tym wszystkim ciężko, może to "wina" tego, że wybrałam się na studia w 2 dni...
          Jednak wszelkie trudności wynagradza mi myśl, że jestem studentką I roku farmacji, czyli kierunku moich marzeń (tak, tak, wcześniej to był lekarski, ale trochę się przewartościowałam).

Hej, może tak źle nie będzie, no nie? :P

Notka na szybko, na razie nie odwiedzę Waszych blogów, może w wolnej chwili po 2-3 i w ten sposób to nadrobię. :) Jak u Was pierwszy tydzień studiów?

Pozdrawiam, Katarzyna.

piątek, 27 września 2013

Odwiedziny.

     I już prawie! Już prawie jestem gotowa na przeprowadzkę i zaczęcie, jak to się mówi, nowego etapu w życiu. Tak naprawdę jednak, zapytana jak się czuję, odpowiem jednym słowem. Przerażona. I mało w tym mojej ekscytacji, a raczej zwyczajnej niechęci i strachu. Z drugiej strony jestem pewna, że za miesiąc to tam będę się czuła dobrze i pewnie z czasem przestanie mnie nachodzić ta ogromna chęć powrotu do domu.
     W związku z tym, że zamieszkam w Białymstoku już od niedzieli, postanowiłam załatwić w rodzinnym miasteczku kilka spraw. Jedną z nich było odwiedzenie świetlicy, w której byłam wolontariuszem w poprzednim roku szkolnym, a której nie odwiedzałam już przez kilka miesięcy. Jak się jednak okazało, pamiętali mnie tam. Czasami są takie sytuacje, gdy wracanie do przeszłości zapiera dech w piersiach i wzrusza w ten swój wyjątkowy sposób. Bo gdy tylko weszłam do sali kilkoro dzieci rzuciło się na mnie, czepiając się wszystkiego, a reszta zaczęła do mnie krzyczeć. Byłam oczywiście bardzo zaskoczona. Gdy chodziłam do nich regularnie kilka razy w tygodniu zdarzało się często, że któreś z nich się przytuliło czy skomentowało coś mile. W końcu takie są dzieci, bezpretensjonalne, szczere i często bardzo otwarte. Chyba po części byliśmy wtedy tak do siebie przyzwyczajeni, że nie zauważyłam ile naprawdę znaczą dla mnie ci mali ludzie. Nagle czas mojej nieobecności złączył się w całość i miałam niesamowicie czułe przywitanie. Poczułam się z tym niesamowicie, gdyż po tamtym okropnym tygodniu wreszcie mogłam zobaczyć coś więcej niż ciężar życia.
     Niestety to przywitanie miało też ciąg dalszy, o którym dużo bardziej przykro jest wspominać. O ile dzieci zachowały się fantastycznie, o tyle mniej mile widzianą byłam tam przez szefa. A właściwie przez szefa mojego znajomego, który świetlicę prowadzi. Trafiłam akurat na ten jeden dzień w tygodniu, w którym to on sprawował opiekę. Ku mojej ogromnej radości. Problem polegał na tym, że gdy weszłam trwały akurat zajęcia i nieopatrznie w nich przeszkodziłam. Albo raczej, dzieci nie mogły się skupić ponownie po moim pojawieniu się. Spojrzałam na szefa i widziałam jak kręcił do mnie głową bardzo niezadowolony, z miną jakbym mu co najmniej porsche skasowała. Zmieszałam się oczywiście bardzo, po czym odpędziłam od siebie dzieci, choć jedyne co chciałam zrobić to je powyściskiwać. 
     I ja wiem, szefowie mają to do siebie, że mogą sobie pozwalać na różne rzeczy. Ale nie, gdy chodzi o instytucję charytatywną i nie, gdy pracownikami w niej są w większości pedagogowie i psycholodzy. Będąc przez pewien czas wewnątrz i widząc jak działa ta organizacja muszę powiedzieć, że wygląda to nie najlepiej. Często można tam znaleźć ludzi bez powołania, chęci do pracy lub zwyczajnie bez odpowiedniego przygotowania pedagogicznego. Przyszło mi na myśl, że to nie zawsze jest tak, że dzieci nie lubią kogoś, bo jest zbyt wymagający. Czasami ludzie są tam za bardzo surowi w obyciu i za bardzo psujący atmosferę w miejscu, które ma być dla wielu lepszym domem. Skoro ja sama najchętniej unikałabym tych ludzi, to jak mają je lubić dzieci? One słuchają się, ale nie szanują. Boją się, że szef zacznie ich ciągać za uszy (!), żałując, że nie może uderzyć jak za dawnych czasów, bądź, że powie jakąś cudowną frazę w swoim stylu. W stylu dalekim od delikatności i subtelności, a nawet kultury.
     Ostatecznie jednak po wizycie wróciłam do domu i żałowałam, że nie mogę być dłużej częścią tego wszystkiego. Wiele się tam nauczyłam, widziałam rzeczy wzruszające i smutne, zżyłam się z pracownikami i dziećmi. Chciałabym wrócić tam za jakiś czas i zobaczyć dzieci roześmiane, a szefa przejętego przede wszystkim ich losem.
Pozdrawiam,
⁞☼ Kinga ☼⁞

niedziela, 22 września 2013

Kwestia piękności.

          Ostatnio uświadomiłam sobie, że kwestia urody i poczucia piękności siedzi w głowie, trzeba dostrzec w sobie piękno, wewnętrzne i zewnętrzne. Każda kobieta jest piękna. Nie, może inaczej - każda kobieta może być piękna.
          Po pierwsze jest wiele kosmetyków, które (nie oszukujmy się) mogą nam pomóc w "poprawieniu" wyglądu, a co za tym idzie pewności siebie. Jeśli natomiast jesteśmy pewne siebie, to emanujemy poczuciem własnej wartości, dzięki której też jesteśmy ładniejsze. W ten sposób koło się zamyka. Wracając jednak do kosmetyków. Wyśmiewane są tapeciary, promowane naturalne piękno (zazwyczaj przez kogoś, kto jest już jakimś wstrzykiwaniu), powszechne mówienie, o tym, że faceci wolą naturalne piękno, a nie otynkowane plastiki. Oczywiście, jak we wszystkim w życiu ważny jest umiar. To, że ceniona jest naturalność - ważniejsza jest ta w zachowaniu, ale nie o tym - to  nie znaczy, że jak się pomalujemy to będziemy nazywane tapeciarami. To nie znaczy, że trzeba kompletnie zrezygnować z fluidów, podkładów, pudrów, błyszczyków, pomadek, kredek, cieni, różów i miliona innych kobiecych skarbów. I jak dla mnie nie ma w tym nic złego, bo gdy jestem pomalowana, to wzrasta moja pewność siebie i nie uważam, aby miało to oznaczać, że jestem pusta, plastikowa lub jeszcze nie wiadomo jaka. Maluje się prawie codziennie i poprawiam swój wygląd, staje się ładniejsza i jest to dla mnie całkiem normalne, nie widzę żadnego powodu, aby ktoś miał mnie wyśmiać lub krzywo popatrzeć. Zaczepię tu minimalnie temat operacji plastycznych. Nie mam nic przeciwko poprawieniu sobie tego czy owego, gdy robi się to dla siebie. Gorsza sprawa, gdy ktoś chce się na siłę przypodobać płci przeciwnej. Sama raczej bym się na coś takiego nie zdecydowała, a zresztą to jest bardzo drogie. Jeśli są możliwości to spoko, ale bez przesady, bo czasem ciężko patrzy się na zdjęcia kobiet, które nadużyły zabiegów u chirurga.
         Dalej, uśmiech. Gdy się śmiejemy świat odbiera nas o wiele pozytywniej. Każdy woli przebywać ze śmieczkiem, a nie smutasem. ;>  Wdrażam w swój repertuar min uśmiech i używam go coraz częściej. Oczywiście ciągle nie da się opalać ząbków, bo czasem zmęczenie i zły dzień dają w kość, ale warto o tym pamiętać. 
          Zadbanie. O włosy, ciało, ubranie (w dobie rosnącej popularności secondhandów nie trzeba wydawać fortuny, aby ładnie i modnie się ubrać), buty i całe otoczenie. Co tydzień robię sobie 1,5 h na pielęgnację ciała, wiecie peelingi, maseczki, paznokcie (takie badziewie czasem produkują, że co drugi dzień muszę malować), piętki i takie inne babskie przyjemności. 


Wiara w siebie! Dostrzeganie piękna w sobie, bo przecież wszystkie jesteśmy śliczne i urocze. :)

Pozdrawiam, Katarzyna.

sobota, 14 września 2013

Youtube.

   Z zamiarem napisania czegoś o Youtube noszę się już właściwie bardzo długo. Ale wreszcie dziś nadarzyła się okazja wspomnieć coś więcej, zwłaszcza, że zakatarzony nos i bolące gardło odejmują mi trochę ochotę na głęboką analizę moich myśli. Skupię się więc na czymś, co w jakimś zeszłym tagu określiłam jako moją ulubioną stronę internetową.
   Czasami nadchodzą takie dni, kiedy buszując po internecie natrafiamy na coś co zainteresuje nas na dłużej. Dla mnie początkowo były to youtubowe recenzje kosmetyków, pokazanie makijaży i inne takie bardzo głębokie filmiki. I tak oglądałam je bardzo regularnie, całkiem sporo się dowiedziałam i wiele z nich wyniosłam. Potem do subskrypcji zaczęli wpadać przeważnie zagraniczni vlogerzy, robiący krótkie wideo o swoich poglądach na życie tudzież chodzący wszędzie z kamerą i pokazujący nawet prywatne aspekty swego życia. Jako że zawsze byłam ciekawska i lubiłam interesować się życiem innych ludzi za granicą, tak dałam się wciągnąć w wir tego wszystkiego. I do dziś skrzynka subskrypcji jest zawalona tak, że za nimi nie nadążam.
   Zdecydowanie jednak spośród wszystkich partnerów Youtube, najbardziej zapałałam sympatią do Louisa, o którym już tu kiedyś wspominałam. Na pierwszy rzut oka - długie dredy, bardzo swobodny styl, kanał o jedzeniu wszystkiego, łącznie z żywymi skorpionami (foodforlouis). Zaintrygowana szukałam dalej i doszukałam się drugiego kanału (funforlouis), jego codziennych vlogów z różnych końców świata, relacji z akcji charytatywnych, wreszcie filmiku w którym opisuje swoje bogate w doświadczenia życie. Zachęcający do życia bez alkoholu, papierosów i narkotyków stał się dla mnie żywym przykładem na to, że pierwsze wrażenie może bardzo zmylić, a dla wielu swoich widzów jest czymś w rodzaju wzoru do naśladowania. 
   Przy okazji nie mogę nie wspomnieć o bardzo specyficznej vlogerce, Talii, która na pewno wbije mi się w pamięć na bardzo długie lata. Pamiętam jak dziś, gdy jeszcze przed rokiem natrafiłam na jej kanał. Bardzo młoda dziewczynka, rzucający się bardzo w oczy pełny i wyrazisty makijaż i rzucająca się jeszcze bardziej łysa główka. Przeraziłam się widząc to wszystko i od razu rzuciłam do czytania komentarzy. Połowa z nich oczywiście dotyczyła krytyki, ile tego makijażu, psuje sobie młodziutką skórę, niech się zastanowi co robi. A druga połowa - dajcie jej spokój, niech nacieszy się życiem, bo zostało go jej kilka miesięcy. Łzy mi pociekły i wyszłam z jej kanału jak poparzona, żeby już nigdy nie musieć na to patrzeć. Bo sama dziewczynka była uśmiechnięta, profesjonalnie opisywała to o czym mówiła, była po prostu... energiczna i radosna jak słoneczko. Widać było jak wielką radość sprawia jej to co robi, jak wiele znaczy dla niej to, że filmikami może się dzielić z całym światem. I to jest chyba najlepsza reklama Youtube'a jaką mógłby ktokolwiek napotkać.

       † Tak jak miałam już więcej nie znaleźć się na kanale Talii Castellano, tak oczywiście znalazłam się tam przez przypadek całkiem niedawno. I czego mogłam się przecież spodziewać, natrafiłam na informację, że zmarła w lipcu tego roku, na miesiąc przed 14 urodzinami, po 6 latach walki ze swoją chorobą nowotworową.
   
Pozdrawiam,
⁞☼ Kinga ☼⁞ 

sobota, 7 września 2013

Wiara w siebie.

          Może nie tyle w samego siebie, ale w innych. Zaprzestanie oceniania tych, którzy mają taką wiarę i ją pokazują, dając innym czasem radość i nadzieję. Wczoraj oglądałam mecz siatkówki, Polska-Holandia. Cieszyłam się ogromnie, bo jestem fanką siatkówki, a reprezentacja od niedanej LŚ nie grała meczów, które były transmitowane przez anteny polsatu. :) Wracając do pierwszych zdań mojego postu. Jak myślicie, zapowiadanie wielkiej formy, wypowiedzi typu: jedziemy tam po medal, to zuchwalstwo czy raczej kwestia wiary w siebie i przekazanie tej wiary, która przekłada się na nadzieję, kibicom? Piszę to pod kątem mentalności typowego Polaka (mówią, że Polacy tylko narzekają, marudzą, najpierw się podpalają, a potem i tak jest zawsze tak jak jest, do tego dorzuciłabym brak doceniania mistrzów). Tato twierdzi, że bez sensu są wypowiedzi "ekspertów", które są pełne przechwalania się, skoro jeszcze nic nie ugraliśmy. Oczywiście ma rację, ale to ich praca, muszą coś gadać. :P Silnym argumentem były mistrzostwa świata lub Europy (nie orientuję się w temacie) w koszykówce. Nawet sami zawodnicy mówili, że to najlepsza drużyna, jaką mieli, a podobno przegrali już dwa mecze i mają tylko matematyczne szanse na wyjście z grupy. Moim zdaniem nie zrobili nic złego mówiąc o tym, że są silni, no dobra, czują się silni. Tak budują i pokazują wiarę w siebie. Gdyby mówili, że i tak są słabi, najsłabsi w grupie, i tak dostaną baty i sromotnie przegrają, to jaki sens w ogóle walczyć? Trzeba wierzyć w siebie i pokazywać to innym, prawdziwi kibice są dumni po zwycięstwie, ale i wierni po porażce. W taki sposób dają nam nadzieję i radość, gdy siadamy przed telewizorem, zaciskając kciuki, bo wierzymy, że może im się udać. Tato zauważył tylko, że Bartosz Kurek popsuł zagrywkę, komentator dorzucił, że to już któraś z rzędu i od razu ocenił, że jest do zmiany, że gra słabo. A czy widział kilka skutecznych ataków na potrójnym bloku lub te efektowne ataki nad blokiem? Nie jestem jego fanką (żeby nie było, że słodzę), ale doceniam wkład w reprezentację. To samo jest z innymi zawodnikami, dyscyplinami. Po jakichś nieudanych mistrzostwach zapominamy, że wcześniej byli mistrzami lub wicemistrzami. To, że nie jesteśmy hegemonem cały czas, to nie znaczy, że nie mamy świetnych zawodników. Myślę, że to wszystko zasłania trochę obraz piłki nożnej, która jest naszym sportem narodowym. Niestety oczekujemy tu zaskakujących wyników, których na razie nie możemy otrzymać.
          Tak więc, mniej marudzenia, więcej wiary w innych i przede wszystkim w siebie, bo to głównie ona daje nam siłę do bycia mistrzem w swoich własnych zawodach. :)



Pozdrawiam,
Katarzyna.

niedziela, 1 września 2013

Trzy strony życia.

   Ten tydzień był wyjątkowo zalatany jak na moje dotychczasowe wakacje. Wtorek praca, czwartek i piątek spędzone u koleżanki (i wreszcie odwiedziny Świętej Góry Grabarki, które marzyły mi się od dawna), sobota na wsi u babci, dziś rozjazd po sklepach. Wszystko to oznaczało mnie za kółkiem, co chyba świadczy o tym, że rodzinka powoli zaczyna mi ufać jeśli chodzi o mój wątpliwy talent motoryzacyjny. Ale pomimo tego, że codziennie miałam coś do roboty, to pojawiały się momenty kiedy zaczęłam coś zauważać.
   Pamiętacie te czasy, kiedy jako dzieci zazdrościliście czegoś dorosłym? Bo ja tak. Pamiętam to tekturowe koło, które służyło mi za kierownicę i kawałek rury od odkurzacza będący skrzynią biegów, rozwalone na moim łóżku, będącym... samochodem. Pamiętam także książki udające laptopy, w środku których przyklejone były kartki z literami qwerty. Poza tym zawsze bardzo lubiłam bawić się swoimi ciuchami, składałam je i rozkładałam udając, że pracuję w sklepie z ubraniami.
   I ponieważ w przeciągu tego roku bardzo mi się życie wyprostowało, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że istnieją trzy konkretne słowa, którymi mogłabym je opisać. Po pierwsze piękne, a najpiękniejsze właśnie w tym momencie w którym zauważamy ziszczone marzenia i nasze osiągnięcia. Po drugie trudne, w chwili gdy zdajesz sobie sprawę, ile bliscy, my sami i czasami obcy ludzie za te osiągnięcia i uzupełnione cele płacimy. I po trzecie zaskakujące. Wtedy, gdy odkrywamy, że coś trudnego jednak ma swoje zalety i może przynieść nam często w zaskakujący sposób coś dobrego.
   Bo jak to wygląda teraz, po kilku latach? Lubię i mogę prowadzić prawdziwy samochód, o ile akurat na parkingu nie walnę cudzego... By nauczyć się jak nie dopuścić do tego następnym razem. Siedzę z prawdziwym laptopem na kolanach, przez który moi rodzice musieli przez miesiąc zaciskać pasa... Ale który tym więcej dla mnie znaczy i który bardziej przez to szanuję. I dorabiam w prawdziwym sklepie z moich dziecinnych marzeń, co skończy się sprawiając mi wielką przykrość wraz z październikiem... Ale i pozwala chodzić teraz do pracy z uśmiechem, doceniając każdą chwilę. I tak sobie myślę, że im dalej rozglądałabym się wokół, tym więcej bym tego zobaczyła. Tych rzeczy udowadniających, że życie ma trzy strony.
   Chwile, które akurat nie są wypełniane użalaniem się nad sobą, poprzeplatane są właśnie często tymi innymi, gdzie dostrzegam ile mam powodów do szczęścia. Chyba czas wypisać i uszeregować sobie listę mych marzeń, żeby za kilka lat dostrzec ile z nich się spełniło i móc się pod nosem uśmiechnąć.
Pozdrawiam,
⁞☼ Kinga ☼⁞

sobota, 24 sierpnia 2013

Od chaosu do wszystkiego, co oczywiste.

          Ostatnio w moim życiu panuje chaos i dezorganizacja. Teraz wiem, że lubię sobie planować, organizować, zapisywać. Dla mnie to kolosalna różnica, bo gdy wiem co mam zrobić nie tracę czasu. I nie jest to obsesja na punkcie marnowania czasu, tylko zdenerwowanie pojawiające się po dłuższej bezczynności. Poza tym dowiedziałam się, że jestem w niektórych sprawach perfekcjonistką, jak sprzątam - nie może być grama kurzu (tak, zdarza mi się oglądać Perfekcyjną, nie, nie robię testu białej rękawiczki), gdy robię jedzenie - musi to ładnie (jak na moje możliwości) wyglądać. Jedynie brak mi perfekcji w ubieraniu, czesaniu i robieniu makijażu, bo moim niedoścignionym wzorem jest moja ukochana siostra. Obie zresztą podziwiamy Kożuchowską, bo kojarzy nam się z dopracowaniem, elegancją, kobiecością, perfekcją.

  

          Podczas tych niechlubnych dwóch tygodni dezorganizacji miałam sporo czasu na przemyślenia, przemyślenia różnego rodzaju. Począwszy od praw rządzących dzisiejszym światem, poprzez ogólnie rozumując relacje międzyludzkie i idealizację mojej przyszłości, a kończąc na relacjach panujących wśród moich najbliższych, rodziny. Im bardziej zagłębiam się w to wszystko, tym mniej czuję - ach, jaka ze mnie patriotka - przywiązanie do mojej małej ojczyzny, czyli miasteczka bez perspektyw oraz tej większej, czyli kraju, gdzie liczą się układy, znajomości, ale także nie ma perspektyw na coś lepszego, bo co najwyżej jednych mogą zastąpić drudzy, którzy i tak nic konkretnego nie zmienią. I ja, mając 19 lat, czuję niepewność, obawę i ogólną niechęć do przyszłości. Ma to może związek z tym, że wyrywam się z ogólnie panującego szablonu, czyli od razu po maturze nie idę na studia. Ludzie wokół krzyczą, że zmarnuję rok, podają mi kilkanaście argumentów, które nauczyłam się chować w kieszeń i podczas ich nieobecności jak najszybciej ją opróżniać, ponieważ ja mogę im podać dwa razy więcej argumentów, z których połowy nie zrozumieją, bo nie są mną i nie mogą poczuć tego co ja. Nie mam już siły na tłumaczenia. Nie jest to brak siły do obrony swojego zdania, choć jak każdy mam chwile zwątpienia, ale do wyjaśniania tego, w jaki sposób chcę przeżyć swoje, własne, prywatne i otrzymane na wyłączność życie. Zmieniłam się, wiem czego chcę, nie jestem już małą dziewczynką, leniwą do bólu i idącą za tłumem, bo papierek w miażdżącej większości przypadków nie jest wiele wart, a można rzecz, że nic. Nadal kształtuję swoją osobowość, bo jak przeczytałam niedawno na jakimś blogu - tylko krowa nie zmienia zdania. Wcześniej się tego wstydziłam, teraz jestem dumna, bo dopiero poznając świat, możemy wyciągnąć jakieś wnioski. Czego mi brakuje? Życia chwilą i teraźniejszością, nad tym popracuje. Zbyt idealizuję swoje przyszłe życie, zbyt mocno popadam w marzenia. Denerwuje mnie to, że świat wymaga tego, aby człowiek stał się cyborgiem, a przecież tak nigdy się nie stanie. Można osiągnąć oszałamiający sukces zawodowy, ale zapewne kosztem rodziny. Zresztą teraz posiadanie dziecka nazywane jest luksusem i zaczynam to coraz bardziej rozumieć, bo jak posłucham ile na wyprawkę (bez podręczników) wydała koleżanka mojej siostry dla dwóch córeczek - przyszłej pierwszo- i trzecioklasistki to nie potrafię tego nawet odpowiednio skomentować. Kredki muszą być konkretnej firmy i oczywiście nie mniej niż 12 kolorów, to samo z farbami i innymi przyborami. Na takie "duperele" wydała 800 zł. I jak to skomentować? Niby pieniążki szczęścia nie dają, ale lepiej popłakać w ferrari, no nie? Obecnie są mi potrzebne pieniądze, których nie mogę zdobyć, nie tylko dla siebie, ale też dla osoby, którą kocham ponad wszystko co istnieje. Potrzebne do drogi do szczęścia, oczywiście bez nich też nam się na pewno uda, ale trzeba pocierpieć i schować język za zębami.

  

          Czasem przychodzi ochota, aby pomarudzić i napisać to co oczywiste. Od razu lżej, moc wygadania się jest aktualna. :) Piękne ikony z bloga Jet, dziękuję serdecznie. Przerywam czas zaniku życia blogowego i wkrótce pozaglądam na Wasze blogi. :)

Pozdrawiam,
Katarzyna.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Atrakcyjność.

     I przyszło znowu coś napisać, a raczej niewiele się ostatnio wydarzyło. Wakacje upływają i z coraz większymi nerwami (czasami przeplatanymi chwilowym podekscytowaniem) wyczekuję października. Słońce nieuchronnie zaczęło już od kilku dni szybciej zachodzić, temperatura bardzo powoli spada i czuję, że zanim się spostrzegę znowu będę przystrajać choinkę. Mogę chyba nawet powiedzieć, że tego wyczekuję. Jesień, moje urodziny, potem zima, biały puch za oknem... Czas leci tak szybko, nawet jeśli teraz mam wrażenie, że stoi w miejscu.
    I teraz także, mając dużo czasu na myślenie, po raz kolejny wałkuję sobie w głowie kwestie relacji międzyludzkich. Zauważyłam, że w ostatnich miesiącach spowiadając się mam stałą rzecz o której bardzo często muszę wspomnieć. Że niestety, oceniam ludzi po wyglądzie i po tym co robią. Nie sądzę, aby było to na jakimś strasznym poziomie, bo nikogo nigdy nie skreśliłam z tych powodów zupełnie, ale jednak za często sam wygląd zwraca moją uwagę. Jeśli chodzi o chłopaków, bo głównie ich to dotyczy, to nie ma w moim pobliżu takiego, który sprostałby moim wymaganiom. Zastanawiam się, czy gdyby kolega z którym ostatnio piszę był wysokim, przystojnym i ogólnie atrakcyjnym fizycznie chłopakiem to mogłabym zobaczyć w nim kogoś więcej? I szczerze, nawet sobie nie potrafię wyobrazić takiej sytuacji, albo boję się jej rezultatu. Nie chciałabym być aż tak płytka, a odnoszę wrażenie, że to jak wyglądamy to nieodłączna część nas, której nie można tak sobie pominąć. Gdy czytam książkę od razu wiem, że wolę jako bohatera romantycznego wyobrazić sobie na przykład Matthew Andersona (i tu fanki siatkówki pewnie w większości się ze mną zgodzą, nie? Kasia to na pewno :)) a nie kogoś mniej atrakcyjnego. No i oczywiście siebie w roli romantycznej bohaterki przytulonej do jego boku.
     Pociesza mnie chyba tylko to, że każda z nas ma własny gust i to on jest wyznacznikiem. Kiedyś usłyszałam, że o chłopaku, który mi się wówczas podobał, dziewczyny z klasy mówiły jako o 'wyglądającym jak zarośnięty żul'. Mało się wtedy nie zakrztusiłam tym co jadłam, bo jak to... Przystojniak, niebieskie oczy, tajemniczy zarost - to widziałam ja. No i właśnie, czasem patrząc na parę z boku może powiedzieć, że fajnie, że dana osoba nie zwraca uwagi na wygląd, a na charakter. Ale czy to na pewno tak jest, czy zwyczajnie ta osoba jest w guście drugiej, w guście po prostu odmiennym od naszego?
Pozdrawiam :)
◄| Kinga |►

wtorek, 13 sierpnia 2013

Take what you need.


Ja wzięłabym miłość i odwagę. A Wy? :)


Pozdrawiam, 
Katarzyna. :>

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Tym razem inspiracja muzyczna.

      I stało się. Wczoraj dostałam już klucze do nowej stancji na studia, więc nieodwołalnie wprowadzam się tam za niecałe dwa miesiące. Przerażona i podekscytowana w jednym, bo inaczej nie mogłabym tego nazwać. A jednak wczoraj przez cały dzień jeździłam z rodziną po Białymstoku uśmiechając się i rozmyślając jak fajnie tu może być. Myśląc sobie, że za kilka miesięcy będę znała większość miejscówek w mieście i będę już kompletnie pozbawiona strachu a tylko zadomowiona. I czy za kilka lat też będę tam mieszkała i jak to się wszystko ułoży.

Boże wiedzieć chcę
Czy wszystko ma na pewno sens
Ty jedyny wiesz
Co komu z nas pisane jest
Jak wytłumaczysz mi znów brak współczucia w nas
Tak trudno odróżnić nam dobro od zła
Czy wiedzieć chcesz, że z każdym mym dniem
Bardziej i mocniej ten odczuwam lęk

     Lubię gdy coś skłania mnie do większych refleksji. Ta piosenka ma chyba multum interpretacji, tym lepiej wsłuchać się przy niej w siebie. Często zresztą zastanawiam się jak to się dzieje, że pewne utwory, choć nawet nie w naszym stylu muzyki, wywołują pewne niepowtarzalne uczucia. Na przykład wczoraj w nocy przeskakiwałam z kanału na kanał i trafiłam na transmisję Festiwalu Transatlantyk. W życiu o nim nie słyszałam, jest zresztą jak się okazuje bardzo młody i nastawiony na coś, czego zazwyczaj nie doświadczam. I tak sobie w pewnym momencie pomyślałam - posłucham. 
     Skończyło się na tym, że po jednym wybitnym dyrygencie wszedł drugi, potem trzeci, przy każdym grana muzyka była tak piękna, że nie mogłam się oderwać. A potem wszedł sobie długowłosy Leszek Możdżer i kompletnie mnie powalił. Jak ten pianista to robi, myślałam sobie z wybałuszonymi oczami. Co prawda słyszałam o nim wcześniej, ale... jak to ja niekoniecznie zainteresowałam się w tamtym czasie tego rodzaju muzyką. Lubię ludzi, którzy są szczególnie wybitnymi w swoich dziedzinach, myślę o nich z wielkim szacunkiem i podziwem, ale. Taka muzyka i ja to nie ten tego. Widać wczoraj był ten dzień w którym właśnie ta a nie inna muzyka do mnie dotarła.


     Słuchając muzyki fortepianowej, tak samo jak patrząc na piękne widoki myślę sobie często o tym jak piękne jest to co Bóg stworzył. Takie myśli pojawiają się, zachwycam się tym wszystkim, a potem do pokoju wpada jakiś członek rodziny z pretensjami o coś czy krzykiem. Wyrwana z zachwytu dopiero wtedy widzę, że sam świat jest piękny i dobry, a to ludzie go psują. 

Pozdrawiam,
◄| Kinga |►

czwartek, 1 sierpnia 2013

Poszukam uczciwego szczęścia.

          Właśnie przeczytałam książkę Beaty Pawlikowskiej "Księga kodów podświadomości", to druga część cyklu " W dżungli podświadomości". Autorka wyjaśnia jak nasza podświadomość wpływa na nasze samopoczucie, nie tylko psychiczne, ale też fizyczne, tu w rozumieniu nawet kontrolowania chorób. Mówi o tym, że bycie szczęśliwym nie wymaga żadnych warunków, po prostu trzeba być szczęśliwym z samym sobą i wyjaśnia jak dawne zdarzenia mogły mieć wpływ na nasze podświadome "wybieranie" nieszczęścia w teraźniejszości. Nie chodzi o to, że celowo chcemy być smutni i popadamy w coś, co jest dla nas złe. Podświadomość chce dla nas dobrze, szuka bezpieczeństwa i poczucia, że jest się kochanym, ale często w pokrętny sposób. Otóż niektórzy odnajdują bezpieczeństwo w alkoholu, odnajdują je na moment, a potem chcąc powtórzyć to uczucie sięgają po niego po raz drugi, trzeci, czwarty.. .Podświadomość nie chce zmian, szuka szybkich rozwiązań, boi się ich i będzie kurczowo trzymała się tego co jest teraz, bo twierdzi, że zmiana jest niebezpieczna, zaburza nasze (złudne) poczucie bezpieczeństwa. 
          To ciekawe, bo gdy czytałam tą książkę podczas złego samopoczucia wiedziałam, że muszę coś zmienić, byłam zdecydowana na trudną i ciężką pracę, ale teraz czuję się szczęśliwa i myślę, że to nie jest już takie konieczne. Jakie wnioski? Myślę, że to moja podświadomość ( autorka używa tu określenia Agenci Podświadomości, którzy są dezerterami w naszej życiowej - genialnej - armii) boi się zmian i wywołuje u mnie wrażenie szczęścia, nie chcąc podejmować walki, bo po co cokolwiek zmieniać, skoro TERAZ czuję się dobrze. Podkreśliłam słowo teraz, ponieważ Pawlikowska pisze, że człowiek prawdziwie szczęśliwy jest ZAWSZE szczęśliwy, nie ma opcji chwilowego szczęścia, potem smutku i znowu szczęścia. Nawet porażka nie jest w stanie sprawić, że poczujemy się beznadziejni i bezwartościowi, bo staramy się być w czymś dobrzy dla samego siebie, nie dlatego, że chcemy pokazać innym, że jesteśmy lepsi lub boimy się faktu, że będziemy gorsi. Jak moja podświadomość zapewnia mi to - jak się domyślam - złudne szczęście? Nie mogę odpędzić się od muzyki, mam kilka nowych, tak pozytywnych piosenek, że po prostu mordka mi się cieszy, gdy usłyszę już pierwsze nuty. Słucham jej przez cały dzień, calutki, nawet podczas czytania tej książki, po prostu nie mogę oprzeć się włożeniu słuchawek do uszu i kliknięciu przycisku play. I gdy zdaję sobie prawdę, że nie zawsze jestem szczęśliwa, to mam w tamtej chwili uczucie szczęścia i przez pewien moment to mi wystarcza, zapominam wtedy, że chciałam coś zmienić. A jak oczywiście wiecie tylko konsekwencja może dać rezultaty.
          Droga jest wyboista i bardzo długa, ale ja chciałabym spróbować. To tak jak z pytaniem. Gdy nie zapytasz, odpowiedź zawsze będzie brzmiała nie, a jeśli chcesz coś zmień to musisz się ruszyć. :) Podobno tylko 1% ludzkości jest uczciwie szczęśliwym, reszta nosi w sobie fałszywe kody podświadomości, które nieumyślnie nas czasami rujnują, a nawet bardzo często. Przyznaję, że jestem w pozostałych 99%, autorka też tam była, ale wyczyściła swoją podświadomość. Moim zdaniem warto przeczytać te publikacje, no chyba, że jesteście w tym jednym procencie i jesteście szczerze, prawdziwie i uczciwie szczęśliwi bez żadnych warunków.

Zamieszczone zdjęcie to jedna ze stron ze wspomnianej książki.

Pozdrawiam! :)
Katarzyna.

piątek, 26 lipca 2013

Refleksje poserialowe.

© daekazu 
     No i zostały jeszcze dwa miesiące cudownej laby i życia bezstresowego. Albo przynajmniej ze stresem ograniczonym, bo coś denerwującego zawsze jest. Ostatnimi czasy serce zaczyna mi szybciej łomotać gdy chodzi o załatwianie dla mnie pokoju na studia... Nagle dochodzi do mnie rychła przeprowadzka i kolejne lata nauki. A gdy patrzyłam na plan zajęć z tamtego roku mało nie dostałam ataku, wręcz musiałam się hiper-wentylować ku uciesze mojego brata, który stał obok i miał niezłą zabawę. Zastanawiam się czy gdybym naprawdę zaczęła się dusić to też by tam tak stał zaśmiewając się. Tak, tak, to doprawdy śmieszne jakie przerażenie ogarnia mnie na samą myśl o opuszczeniu domku.
     Ale właściwie nie o tym chciałam pisać. Kilka dni temu na nowo postanowiłam wziąć się za oglądanie serialu, który kiedyś bardzo mnie poruszał. Z tego co obliczyłam miałam jakieś 11 lat gdy zaczęłam go oglądać i 13 gdy skończyłam. Potem chyba 15 jak na nowo obejrzałam wszystkie odcinki, a teraz no cóż... 19. I wciąż za każdym razem "Magda M." wyciska ze mnie łzy. Kiedyś nawet, gdy oglądałam premierowe odcinki, płakałam gdy kończył się jeden bo musiałam na następny czekać aż tydzień. Śmieszne, a jednak zawsze było to dla mnie fenomenem, bo może łatwo się wzruszam, ale nie tak szybko dochodzi do łez.
© by crush3r15 
     Co właściwie pociąga mnie w tym serialu? Z jednej strony na pewno sympatia do głównych aktorów (wiecie... Małaszyński! którego widziałam chyba w każdej jego roli), z drugiej głębia tego, że człowiek naprawdę lubi uciekać przed prawdziwymi uczuciami. Jak zawsze pewne sceny wzbudzają refleksje, co za tym idzie - zaczęłam się zastanawiać nad sobą i nad tym jak ja reaguję na ludzi, na sytuacje gdy ktoś staje się mi bliższy i czego właściwie chcę w życiu. Doszłam do tego, że kiedyś mój plan był bardzo prosty. Zapytasz mnie co chcę osiągnąć w życiu, odpowiem: chcę mieć męża, dzieci, dobrą pracę. Z rozpędu powiem to nawet teraz. Ale patrząc wgłąb siebie nie wiem czy tego chcę. Albo raczej... s t r a s z n i e  boję się, że kiedyś poznam kogoś, kogo naprawdę pokocham. Mieć chłopaka chciałam zawsze, zawsze był ktoś kto podobał mi się w szczególny sposób i choć nigdy nic nie wychodziło, to i tak chciałam jeszcze bardziej. A teraz - kurczę! - przerażenie mnie ogarnia na samą myśl, że kiedyś będę polegała tylko na tej drugiej osobie. Nie mówiąc już o dzieciach, dla których uznałam, że i tak nie byłabym nigdy dobrą matką. I wiem, mam sobie naście lat, nie czas nawet o tym myśleć. Tylko że, to ogromna zmiana na mój światopogląd. Nie mam pojęcia co się ze mną stało, wszelkie studentki psychologii proszę o pomoc, bo naprawdę NIC nie rozumiem.

Pozdrawiam ;*
◄| Kinga |►

niedziela, 21 lipca 2013

Tag.

   
     Hej! :) Ostatnio bardzo ciężko zabrać mi się za jakąś notkę, odpływam raczej w świat książek i nadrabiam zaległości, których narobiłam w roku szkolnym. Obecnie czytam Igrzyska śmierci i uważam, że książka jest lepsza od filmu.
     Co do studiów to jeszcze nie podjęłam ostatecznej decyzji, jest trochę opcji, ale w każdej jest haczyk. Jak to w życiu. :) Nie dostałam się tam gdzie marzyłam, więc trzeba szukać innych rozwiązań. Już pierwszy szok i rozpacz przeżyłam jakieś 3 tygodnie temu, gdy otrzymałam wyniki. Mimo, że miałam z polskiego 73%, z matematyki i angielskiego po 96%, to czułam się jakbym nie zdała. Najgorsza jest świadomość, że jeden egzamin decyduje o naszej przyszłości. Zawaliłam chemię, której byłam najbardziej pewna, cóż...
     Już sporo czasu temu zostałyśmy nominowane do tagu, ale dopiero teraz nadarzyła się bardzo dobra okazja do udzielenia odpowiedzi na pytania. Dziękujemy za nominację. :>

pytania od ŁUCKI
1. Twoja pasja, taka od serca?
Katarzyna: Hmm, wstyd się przyznać, że nie mam czegoś takiego, w niczym nie zatracam się bez pamięci. Uważam to za jedną z moich największych wad.
Kinga: Nie mam chyba czegoś takiego, bez czego robienia nie mogłabym żyć.
2. Serial czy film? Dlaczego?
Katarzyna: Jak na teraz to serial, bo opowiada historię przez dłuższy czas. Ale znam też kilka filmów, o których potrafię rozmyślać godzinami.
Kinga: Wolę filmy, bo mam wrażenie, że są bardziej wartościowe. Akcja jest skrócona, tak jakby bardziej intensywna, można uniknąć przesytu materiałem (nie to co w serialu), muzyka filmowa często jest lepsza. Ale są oczywiście wyjątki serialowe, gdzie cieszę się, że coś jest serialem i nie kończy się po dwóch godzinach.
3. Jak zaczęła się Twoja przygoda z blogowaniem?
Katarzyna: Nie mam pojęcia ile miałam wtedy lat, ale była to chyba podstawówka. Pamiętam pierwszy szablon, był zielony, a blog był na onecie, miałam ich naprawdę sporo.
Kinga: Moja też w podstawówce i od tego czasu było mnóstwo blogów. Pamiętam, że mój perwszy czytała nawet pani bibliotekarka i wręcz nakłaniała mnie do dalszego pisania.
4. Miłość czy przyjaźń? Dlaczego?
Katarzyna: Miłość, bo kojarzy mi się z czymś epickim, wielkim uczuciem, dla którego można zrobić wszystko. Przyjaźń też jest piękna, ale dla miłości zrobiłabym więcej.
Kinga: Miłość i nawet nie taka do jednej osoby, a taka rodzinna. Taka, która jest mimo wszystko. Przyjaźń w pewnym momencie mam wrażenie, że się rozluźnia, nie jest tak intensywna. Na przykład wtedy, gdy zakładamy własne rodziny.
5. Najważniejsza wartość w życiu - uzasadnij.
Katarzyna: Miłość, wiara. Bez nich byłabym samotna i pusta, bez celu w życiu.
Kinga: Jeśli jedna najważniejsza to wiara. W pewnym momencie życia dotarło do mnie, że bez niej nie mam nic. Że jeśli wszystko zawiedzie to tylko ona utrzyma mnie przy życiu.

Nasze pytania:
1.Kawa czy herbata?
2.Góry czy morze?
3. Wielka Brytania czy USA?
4. Jaki film ostatnio oglądałaś w kinie?
5. Jakie jest Twoje ulubione radio?
Tam, gdzie jest to możliwe prosimy o uzasadnienie. :)

Nominujemy: 
Nomissn
Sandra
Panda

Pozdrawiam,
Katarzyna. 

wtorek, 16 lipca 2013

Jak spełniło się moje marzenie co do kierunku.



     Wreszcie mogę stwierdzić, iż mam o czym pisać. W tym tygodniu trochę rzeczy się wydarzyło, a wszystko to buduje mi plany na najbliższe 3 lata. Gdyż TAK, dostałam się na mój wymarzony kierunek (angielski stosowany, z hiszpańskim), o którym jeszcze rok temu stwierdziłam, że mogę tylko pomarzyć! Byłam pewna, że już na samą filologię angielską będzie mi się bardzo trudno dostać (w zeszłym roku musiałabym mieć 86% z rozszerzenia angielskiego, co nie trudno było wykalkulować i się załamać), a cóż dopiero tu, gdzie jestem (próg 90%). Tak więc gdy ktoś pytał gdzie idę nie wspominałam nawet o moim obecnym kierunku. Podjęłam decyzję, że idę na informatykę z ekonometrią i zaczęłam ostro przygotowywać się do matury z matmy.

     Ilość zadań, które rozwiązałam była tak wielka, że aż byłam z siebie dumna iż potrafię się tak zmobilizować. Angielski kompletnie rzuciłam, bo chciałam mieć czas na matmę ("skoro i tak nie dostanę się na angielski"). I co okazało się po tych miesiącach przygotowań? Że na maturze z angola do której podeszłam na luzie poszło mi całkiem nieźle, a siedząc na egzaminie z matmy mało się nie poryczałam. I podczas gdy podstawa z matmy okazała się dla większości super łatwa, dla mnie była na poziomie 84% (i wiem, że to nie jest MAŁO, ale dla kogoś, kto przygotowywał się do tego konkretnego egzaminu miesiącami i był w klasie rozszerzonej matmy, to jest bardzo rozczarowujące). Natomiast sam angielski oczywiście bardzo mnie zaskoczył. Tak więc gdy zobaczyłam w internecie wynik, znów zaczęłam marzyć o kierunku z hiszpańskim. I właśnie w ten czwartek ostatecznie dowiedziałam się, że mogę wybrać spośród 3 kierunków, wśród których oczywiście nie patrzyłam na nic innego niż mój wymarzony. Z wynikiem 94% wylądowałam w samym środku przyjętych na kierunek, jestem więc szczęśliwą trzynastą studentką I roku na wydziale (neo)filologicznym Uniwersytetu w Białymstoku :D
   
     Cały ten weekend udało mi się nawet spędzić zwiedzając miasto (bo choć jeżdżę tam dosyć często, to wciąż co innego być tam na własną rękę z samą tylko koleżanką, która wie nie więcej o mieście niż ja) i ucząc się korzystać z komunikacji miejskiej. To drugie nawet wychodziło nam całkiem nieźle. Do czasu. Gdy wsiadłyśmy co prawda do dobrego empeku, aczkolwiek nie zauważyłyśmy że zanim zawiezie nas do celu odwiedzi przy okazji drugi, kompletnie odległy koniec miasta. No cóż, raz na zawsze sobie to teraz zapamiętam! Poza tym zobaczyłam uroki i wady akademika mieszkając w nim przez 3 doby, gdzie spotkałam Nigeryjczyka i nawet udało mi się z nim pogadać po angielsku, a na korytarzach cały czas kręcili się Litwini i Białorusini. Ostatecznie zdecydowałam się jednak na ten rok wynająć coś innego, także teraz czekają mnie poszukiwania. A swoją drogą śmieszna historia z tym Nigeryjczykiem... potem się dowiedziałam, że zdecydowali się z kolegami na podróż do Poland, bo myśleli, że jadą do Portland. No cóż, taka niewielka różnica :P
Pozdrawiam ;*
◄| Kinga |►
© ikonki: coneq.blogspot.com

sobota, 6 lipca 2013

Relacja z Różanego.

          Jak może niektórzy pamiętają pisałyśmy o naszym, wspólnym wakacyjnym wyjeździe. Otóż byłyśmy na Festiwalu Młodzieży Bez Granic w Różanymstoku. Przybyli ludzie z Albanii, Litwy, Bułgarii, Serbii, Afganistanu, Madagaskaru, Macedonii, Wielkiej Brytanii, Turcji, Korei oraz z przeróżnych zakątków Polski. Wielonarodowy charakter spotkania niósł ze sobą wielokulturowość, więc mogłyśmy posłuchać muzyki, poznać tańce i cechy charakterystyczne ich kultur.
          Każdego dnia od wtorku do piątku odbywały się warsztaty. Ja z Kingą byłyśmy na tańcu breakdance. Wcześniej nie miałyśmy z tym doczynienia, więc możecie zrozumieć, iż w 4 dni warsztatów mistrzyniami tego typu tańca nie zostałyśmy. Zresztą miałyśmy nieodparte wrażenie, że BBoy'e mieli z nas niezły ubaw. Hej! To nie nasza wina, że miałyśmy w grupie fenomenalnych chłopców (w wieku 7-10 lat), którzy byli ćwierćfinalistami Got to dance. Szczerze mówiąc to czułyśmy się troszkę głupio przy tych świetnych "maluchach", ale bywało, że nas ratowali, bo to na nich skupiała się cała uwaga. Jeden z tych chłopczyków był tak słodki, że rozczulałam się za każdym razem, gdy go widziałam. :) No i potrafi podwójne salto do tyłu. Ma 7 lat. Uczęszczałyśmy też na warsztaty cyrkowe. Kinga nauczyła się trochę jeździć na monocyklu. Ja natomiast kibicowałam, nagrywając jej wysiłki, bo nie nauczyłam się nawet na to wsiadać! :>  I wcale w tym czasie nie spoglądałam na Litwinów grających w kosza (bez koszulek),  jakieś 3 metry ode mnie. :P
           W godzinach 17-22 odbywały się koncerty i pokazy reprezentacji poszczególnych krajów. Żeby się za bardzo to tym nie rozpisywać to napiszę tylko o tych występach, które zrobiły na mnie największe wrażenie. I wklejam zdjęcia całego programu. Mam nadzieję, że cokolwiek widać. :)
          Pierwszego dnia grał zespół serbski. Zrobili na mnie duże wrażenie, szczególnie facet grający na trąbce. Co on z nią wyczyniał! =D Wszyscy bawiliśmy się przy scenie, muzyka porwała do tańca. :) W środę z wypiekami na twarzy śledziłyśmy koncert Bułgarów, czyli zespołu Karandila Juniors, ale nie do końca ze względu na ich muzykę...o tym jednak za chwilę. Czwartek to świetny pokaz breakdance'u, pierwszy z zespołów to nasi nauczyciele, a drugi to zespół chłopców, o których pisałam wyżej. :) No i NPWM! Nie słucham hip-hopu, ale ten koncert naprawdę przypadł mi do gustu. Może znacie ich z programu Must Be The Music? Podobno tam występowali. :) W piątek czekałyśmy na występ Brytyjczyków, bo wiecie...ten akcent. Niewiele mówili, ale i tak przez moment można było nacieszyć uszy. :) W sobotę realizacje warsztatowe, czyli to, czego nauczyliśmy się przez te 4 dni. Kinga i ja zrezygnowałyśmy z występu, żeby się nie zbłaźnić. :P A wieczorem bawiłyśmy się na koncercie tureckiego zespołu Baba Zula. :)
         Już we wtorek poznałyśmy naszych festiwalowych współlokatorów z Madagaskaru. Chociaż ciężko powiedzieć, że poznałyśmy, bo nie mówili oni w języku angielskim. Barierą w znajomości stała się także nasza  nieznajomość języka francuskiego, którego swoją drogą obie kiedyś się uczyłyśmy (5 lat, wstyd). Madagaskar to dawna kolonia francuska, więc bez problemu posługują się tym językiem. Wracając jednak do angielskiego. Potrafili powiedzieć "I love you". Zdaniem tym dość często raczyli Kingę. Ewidentnie wpadła w oko Malgaszom. Jednocześnie możecie sobie wyobrazić jak trudno było wytłumaczyć im, że ona wcale nie chce się przytulać. Momentami miałyśmy wrażenie, że nie rozumieją tego, iż my ich nie rozumiemy, co było strasznie irytujące. Szczególnie, gdy jeden zaczął ściskać Kingę, która przeszczęśliwa nie była (bez żadnych słów można było to zauważyć), a oni się tylko śmieli i rozmawiali w swoim języku. Poza tym mogę powiedzieć sporo pozytywnego o naszych współlokatorach. Mam nawet z jednym z nich zdjęcie podczas tańca. :) Byli zawsze uśmiechnięci i otwarci (tak, te przytulańce...). Cały czas towarzyszył im bębenek.
          Między innymi to zafascynowało mnie na festiwalu. Ktoś wychodził z instrumentem (bębenek, saksofon, klarnet), zaczynał grać, a wszyscy zbieraliśmy się wokół słuchając, tańcząc. :) Na zdjęciu obok Macedończycy.
          Kinga przeżywała swoje z Malgaszami, a ja swoje z Koreańczykiem. Miałam jednak przewagę, bo mówił po polsku. Może to nic takiego, ale nie jestem przyzwyczajona do przytulanek po 3 dniach znajomości. :P Czułam się zażenowana, Kinga miała ze mnie niezły ubaw (ja z niej też, gdy Malgasze okazywali jej uczucia). Szczególnie podczas tańca, potem powiedziała, że czuła się jak 5 koło u wozu, ale byłam baaardzo szczęśliwa, że była moim kołem! :> Jak tylko mnie zauważył to wołała "Katarzyna, Katarzyna!". Bardziej mu się podobało Katarzyna, niż Kasia. Na początku nawet powiedział, że moje imię brzmi jak to polskie jedzenie. Po jakimś czasie zrozumiałam, że chodziło mu o kaszę :P Potem byłam oschła, ale on szybko znalazł sobie kolejną dziewczynę do tańca i przytulanek. :) Teraz wracając do Bułgarów i ich koncertu. Grali około godziny 20, może troszkę później. Wcześniej jednak mieliśmy kolację, w drodze zwierzyłam się Kindze, że jeden chłopak z zespołu bardzo mi się podoba i jest nieziemsko przystojny. Okazało się, że mamy podobny gust i jej także Niki (na koncercie dowiedziałyśmy się jak ma na imię) też się bardzo spodobał. Weszłyśmy na stołówkę, Kinga zajęła miejsce, a ja gdzieś poszłam (nie pamiętam szczegółów), gdy wróciłam Kindze towarzyszył jeden z naszych współlokatorów z Madagaskaru. Przyjęłyśmy to raczej bez entuzjazmu, ale tylko i wyłącznie z powodu naszych wcześniejszych doświadczeń. I pisząc naszych mam na myśli bardziej Kingę niż siebie. Chciałyśmy się przesiąść, bo nie uśmiechało nam się zwracać na siebie uwagę wszystkich w stołówce, bo już sobie wyobrażam jak zaczęliby się przytulać, śmiać (zapewne z nas), a my nic byśmy i tak nie zrozumiały. Od razu dopiszę, że w ogólnym rozrachunku bardzo miło wspominamy Malgaszów. Więc...użyłam swojego angielskiego (tak, wcześniej pisałam, że Malgasze nie mówią w tym języku)...oraz języka migowego i wytłumaczyłam, że idziemy "TAM", czyli do innego stolika w  oddzielonym pomieszczeniu. Zajęłyśmy miejsca, a po kilku sekundach podeszli do nas Bułgarzy! Spytali czy mogą tutaj usiąść, oczywiście nie miałyśmy nic przeciwko. Poszłyśmy po herbatę (obie po jeden dzbanek, byłam lekko speszona :P), po powrocie Kinga zaczęła do mnie robić miny. Okazało się, że dosiadł się także Niki, ten nieziemsko przystojny Niki....Nie zauważyłam, bo i tak była onieśmielona ich obecnością. Oczywiście zapomniałyśmy języka w buzi, "wymieniliśmy" krótkie zdania (słowa). Po jakimś czasie zaczęli przesuwać talerze z jedzeniem w naszą stronę. Moja pierwsza myśl "Chcą żebyśmy to odniosły. O nie, niech sami to robią!", a Kingi była całkiem odmienna " Są bardzo kulturalni i pewnie już skończyli jeść, temu do nas przesuwają"Jeden z nich próbował nam to wyjaśnić na migi, ale raczej bezskutecznie, Gdy odchodziłyśmy Niki podniósł szklankę i powiedział "Salut", odpowiedziałyśmy i poszłyśmy.Oczywiście całe w skowronkach. Potem grali koncert i bardziej interesowało nas to kto gra, a nie jak gra. Następnego dnia wyjechali, ale na śniadaniu ewidentnie nas poznali, bo powiedzieli coś w rodzaju powitania, ale raczej po bułgarsku.

          Opis wyszedł bardzo długi, ale to i tak tylko skrócony zapis, bo Festiwal Młodzieży Bez Granic był fantastyczny, cudowny, niezapomniany. Ciężko opowiedzieć to, co tam przeżyłyśmy. Będziemy to bardzo miło wspominać, jeszcze przez lata. Liczę, że kiedyś tam zawitam ponownie, jako wolontariuszka, jeśli przyszłe terminy sesji pozwolą. Po festiwalu trzeba było wrócić to normalności, codziennych zmartwień. FMBZ to czas, w którym  jedynym zamartwieniem było to, że nasi znajomi z Bułgarii tak szybko musieli wyjechać. Powrót oznaczał myśli o maturze, wynikach, progach punktowych i studiach. To była świetna i niezapomniana odskocznia. :) W następnej notce Kinga zapewne poruszy temat wyników matur. Zostałyśmy też nominowane jakiś czas temu do jeszcze jednego tagu. Odpowiemy w mojej następnej notce.

Pozdrawiam,
Katarzyna.

piątek, 21 czerwca 2013

Po powrocie. Tag.


     Mam wrażenie jakby mnie tu na blogu strasznie dawno nie było. Ale to chyba dobrze być tak przywiązanym do własnego kawałka cyberprzestrzeni. W międzyczasie udało nam się z Kasią zaliczyć cudowny festiwal, o którym będzie zresztą następny post. Muszę przyznać, że przez ten tydzień, gdy nie było mnie w domu kompletnie zapomniałam o całym stresie związanym z wynikami matur i dostawaniem się na studia. I teraz, gdy został już tydzień, wpadłam trochę w panikę - czy zapisać się tylko na dwa kierunki czy na trzy? - jeśli tak, to jaki trzeci wybrać? - czy składać też na inną uczelnię?. I tak zastanawiam się nad tym bez przerwy, licząc, że ktoś pomoże mi w wyborze.
     Poza tym niedawno zostałyśmy nominowane do zrobienia dwóch tagów, ale ze względu na to, że jesteśmy dwie i nasze odpowiedzi zajmują dwa razy więcej miejsca, postanowiłyśmy podzielić je na części. Za nominacje oczywiście dziękujemy :)

Pytania NOMISSN 
1. Jakie jest Twoje największe marzenie?
Katarzyna: Mam pewną listę swoich życiowych marzeń. Znajdują się na niej m.in. studia lekarskie, które w tej chwili są dla mnie priorytetem. Poza tym chciałabym nauczyć się 6 języków, gry na instrumencie, potrafić zrobić szpagat, znaleźć prawdziwą miłość. 
Kinga: Zawsze mówię, że moim największym marzeniem jest dostanie się do Nieba. Z trochę bardziej przyziemnych - dostać się na studia, znaleźć na nich miłość swego życia i być jak najczęściej i najdłużej szczęśliwą :) 
2. Czego najbardziej nie lubisz w sobie?
Katarzyna: Nieśmiałości i tego, że najlepsze pomysły przychodzą mi do głowy już po fakcie.
Kinga: Tego, że mam skłonności do lęku.
3. Jak widzisz siebie za 10 lat?
Katarzyna: Za 10 lat będę miała 29, czyli może jakieś szkolenia lekarskie za granicą, specjalizacje, mąż i plany związane z dziećmi, bo bardzo chciałabym mieć czwórkę dzieci, ale dopiero po trzydziestce.
Kinga: Statecznie, u boku narzeczonego/męża, planującą dziecko, spełnioną zawodowo, być może podróżującą...
4. Jaka jest Twoja ulubiona książka?
Katarzyna: Odpowiedź na to pytanie jest zakładce "MY", ale powtórzę, że jest to Harry Potter, Obiecaj mi.
Kinga: "Wichrowe wzgórza", o których zapomniałam wcześniej wspomnieć (nie mam pojęcia jak). I Harry Potter, za niesamowitą atmosferę, którą wytwarza.
5. Jaką najdziwniejszą rzecz zrobiłaś?
Katarzyna: Uczyłam się tańca breakdance.  Jak dla mnie to dziwne, bo talentu nie mam, więc możecie sobie wyobrazić jak to wyglądało^^
Kinga: Tak samo, uczyłam się break'a i zdaje się, że widziałam na twarzach BBoy'ów śmiech :P Poza tym uczyłam się jeździć na monocyklu (i przez ponad 2h nauczyłam się podjeżdżać zaledwie 2 m, nie mówiąc już o tym, że nie raz upadłam na tyłek ;o).

Nasze pytania:
1. Kogo z ludzi show-biznesu chciałabyś spotkać?
2. Gdybyś mogła pracować w życiu jako ktokolwiek, kim byś była?
3. Miejsce, które najbardziej chciałabyś zwiedzić.
4. Czy istnieje piosenka, która w szczególny sposób Cię porusza? Jaka?
5. Jaka jest Twoja ulubiona postać fantastyczna? Uzasadnij.

Nominujemy:
Jet
Klara

Pozdrawiam ;*
◄| Kinga |►

sobota, 8 czerwca 2013

Nic waży tyle, ile miłość, słowa, ambicje i wolność razem wzięte.

          Wreszcie jest już gorące słońce. :) Praktycznie codziennie pada i przechodzi łagodna burza, ale trwa to maksymalnie godzinkę. Codziennie biegam, jestem obolała, najgorzej jest przy schodzeniu po schodach, a  swój pokój mam na 1 piętrze, więc często odczuwam ból łydek i ud, ale nie mam zamiaru rezygnować. Mam nadzieję, że za jakieś 2-3 tygodnie już nie będę zdychać po każdym biegu .:) Jak na razie nie mogę narzekać na nudę podczas wakacji, cały czas poszukuję pracy, bardzo mi na tym zależy. Prawdopodobnie wyjeżdżamy z Kingą na tydzień 10-16.06, ale wyszedł nieprzewidziany problem, oby wszystko jednak dobrze się rozwiązało.


          Niedawno byłam świadkiem rozmowy dwóch kobiet, która dotyczyła zbliżającego się ślubu jednej z nich. Nie uczestniczyłam w rozmowie, bo byłam zajęta oglądaniem pewnej wystawy, a zresztą znałam obie panie od kilu godzin. A więc jedna z nich niedługo wychodzi za mąż, dzieliła się ze współrozmówczynią swoimi obawami, bała się głównie tego, że on może zmienić się po ślubie. Niby zna jego dobre i słabe strony, niektóre wady może zaakceptować, w kilku aspektach może próbować go zmienić. Wtedy zaczęłam się już zastanawiać, jak można decydować się na przeżycie z kimś kilkudziesięciu lat i już na starcie myśleć o zmienianiu tej osoby? Ostatecznym argumentem przyszłej panny młodej było to, że oboje są już ustatkowani, zarabiają własne pieniądze. Ha! Ona ma naukowy tytuł doktora i wykłada prawo, a wygląda naprawdę na młodą. Zastanawiałam się potem czy prawdziwa, porywająca i bezgraniczna miłość naprawdę istnieje, czy to tylko wymysł scenarzystów seriali i filmów. Może czasem zbyt mocno się idealizuje do uczucie. Nie znam na razie odpowiedzi, bo nigdy jeszcze nie byłam zakochana.

- Dzień dobry. Mam zamiar wyruszyć na poszukiwanie Szczęścia. Chciałbym zaopatrzyć
   się na drogę.
- Proszę się rozejrzeć.
- Ile kosztuje Miłość?
- Jest najcięższa, daleko pan z nią nie zajdzie. Zresztą, mając Miłość pan w ogóle nigdzie
   nie pójdzie… Wyrzucić też jej się nie da, bo szkoda – to jest bardzo droga Miłość.
- Dobrze, w takim razie wezmę Słowa.
- Słowa to dobry wybór… Prawie nic nie ważą, Tym bardziej, że są puste…
   Można w nich przechowywać różne różności.
- Doskonale… A może wezmę też kilka Słodkich Ambicji?
- Nie wiem czy pan je udźwignie. No i są piekielnie drogie.
- A to tam, takie piękne – co to jest?
- To jest Wolność. W rękach głupca waży tyle co solidny nagrobek… w rękach
   mistrza umożliwia latanie.
- Zajrzę po nią w drodze powrotnej…
- No to jak, zdecydował się pan?
- Tak. Chyba wezmę Nic. To chyba nic nie waży?
- Nic waży tyle, ile miłość, słowa, ambicje i wolność razem wzięte. Choć nie waży nic…
- To co mam kupić?
- Zważę panu trochę Świadomości. Produkt zbędny, ale uspokaja…


Pozdrawiam,
Katarzyna.

niedziela, 2 czerwca 2013

Życie porywa, niesie, rozwija i... wypluwa - na którym jesteś etapie?

Ostatni raz rozpaczałam, że kończę szkołę jakiś miesiąc temu i czułam wtedy ogromny żal. Ostatni raz widziałam niektóre klasowe koleżanki trzy tygodnie temu i przeżywałam, że długo ich nie zobaczę. Ostatni raz byłam w szkole jakieś dwa tygodnie temu. Już wtedy chodziłam korytarzami i czułam, że to nie jest moje miejsce. I od tego czasu wszystko stopniowo zaczyna się zmieniać. Nie wierzę, że tak szybko minął czas od egzaminów i początku wakacji. Jak mogę czuć taki kompletny luz skoro miesiąc temu czułam się okropnie?

Może ten luz nie jest jeszcze do końca udokumentowany, bo świadectwa maturalnego nie mam. Ale to co teraz zajmuje mi głowę to to, że moje włosy może nie wyglądają tak ładnie po ścięciu. I to, co zabrać ze sobą na wakacyjny wyjazd. I ekscytuję się występem Piaska w naszym miasteczku (może nie moja muzyka, ale i tak go lubię). I tym, że odkryłam dziś, że mamy nieziemsko przystojnego sąsiada (jak to się stało, że wcześniej na siebie nie trafiliśmy?). Po prostu z czasem wszystko zmienia się tak, że aż ciężko w to uwierzyć. Co najlepsze, czuję, że moje życie zaczyna zmierzać w dobrym kierunku.

Mam wrażenie, że pisałam już o tym, że się zmieniłam. Zdecydowanie kiedyś nie byłam religijna, pewne rzeczy za bardzo brałam do siebie, byłam bardziej zamknięta. Nie lubiłam towarzystwa ludzi, najbezpieczniej czułam się w domu, czułam się gorsza. W końcu przyszedł moment, który nawiedza chyba większość i poczułam się ze sobą fatalnie. Nie będę pisała konkretnie co potem wydarzyło się w moim życiu, ponieważ ani mi ani Wam nie jest to potrzebne, a poza tym już mam ściśnięte gardło gdy to wspominam. W każdym razie nadszedł czas, gdy to wszystko zaczęło się zmieniać. Gdzie zaczęłam się otwierać i nie tylko patrzeć na ludzi, ale i być z nimi. Nastąpił kiedyś ten początek zmian, który wraz z upływem czasu polepszał moje życie. I polepszył je nawet bardziej niż kiedykolwiek mogłabym przypuszczać, bo dziś w niektórych sytuacjach nie muszę wracać wstecz. To co było kiedyś nie ma tak wielkiego znaczenia w teraźniejszości. Mam wrażenie, że wszystko co mówi się o czasie leczącym rany, z pewnymi doświadczeniami nabiera nieopisanego sensu.



A Ty - na którym jesteś etapie?

◄| Kinga |►

wtorek, 28 maja 2013

Nie ma dowodów na to, że życie to poważna sprawa.

          Chciałam napisać o tym, co mi na sercu leży, ale uznałam, że jeśli się rozpiszę, to będę musiała przez kilkadziesiąt minut znowu się na tym skupić, a chcę tego uniknąć. Czasem wmawianie sobie, że nie ma czym się przejmować, na krótką metę, działa. Przynajmniej u mnie :) Akceptuję nawet tą "krótką metę" :D
          A tak naprawdę to czas porządnie powakacjować! ;) Mam już zaplanowany wyjazd w dniach 10-16 czerwiec. I przyszły weekend chyba też :) Siostra jest cały ten tydzień w domu, więc oddziałujemy na siebie motywująco i wzięłyśmy się do ćwiczeń. Moje nastawienie jest optymistyczne, dlatego też mam nadzieję, że ćwiczenia będą moją codziennością przez całe wakacje, a nawet po nich.
         Ostatnio uświadomiłam sobie, że człowieka nie sposób poznać dogłębnie, zawsze może czymś zaskoczyć. Niestety zazwyczaj jest to zaskoczenie negatywne i w konsekwencji krzywdzące. Nici z obietnic i wspólnych planów. Warto, więc "dobierać" sobie najbliższych przyjaciół z dużą starannością.
         Poniższy obrazek jest teraz na mojej tapecie i za każdym razem, kiedy włączam komputer czytam ten tekst kilka razy, bardzo mi się podoba, bo niby po maturach, a jeszcze nic nie jest wiadome. To takie malutkie uzupełnienie pierwszego akapitu. Tak naprawdę, to staram się przestać spinać. Czasem niezamierzone rozwiązanie może być tym lepszym :) No i nie mogłam się powstrzymać.


Mimo tego, pozdrawiam z pozytywnym nastawieniam.
(Hej, mam 4 miesiące wakacji!)
Katarzyna.

piątek, 24 maja 2013

Plan na wakacje.

 
© deviantart
© deviantart
    Pogoda: mokro, pochmurnie, chłodno. Zupełnie nie tak, jak miało być. Nawet moja chęć do rozruszania tych wakacji tego nie przebije. Bo w ostatnich dniach zdecydowałam, że muszę coś z tym zrobić. Zostały mi 4 miesiące wakacji (zanim pójdę do pracy to co najmniej dwa), a z moim dotychczasowym trybem życia i lenistwem prawdopodobnie prawie cały ten okres spędziłabym w domu. Dlatego też sporządziłam mój wyjątkowy plan. No dobra, może nie aż tak wyjątkowy, ale musi mi pomóc.
      Po pierwsze i najważniejsze, mam zamiar wstawać umiarkowanie wcześnie i wcześniej niż zazwyczaj kłaść się spać.  Zwłaszcza, że ostatnio ten tryb trochę mi się przestawił i zaczęłam budzić się z bólem głowy. W ten sposób uda mi się też załapać jak najwięcej dnia, no i jak to się mówi: kto rano wstaje temu Pan Bóg daje. Chyba muszę zaznaczyć, że to moje 'umiarkowanie' oznacza po 10 i przed 11, żebyście nie pomyślały, że będę się tu nie wiadomo jak poświęcać. W końcu mam wakacje.
     Po drugie, wychodzić. Co najmniej raz dziennie. Ogarnąć się, umalować, wystroić i ruszać. A wiadomo, może ktoś czeka na mnie za rogiem? W to oczywiście nie bardzo wierzę, ale na pewno na złe mi to nie wyjdzie. No i trzeba załapać trochę słońca po maturalnym kuciu oraz wykorzystywać wolny czas póki go mam! Bo potem znowu kucie i jeszcze raz kucie.
     Po trzecie, dbać o organizm. W końcu kiedy jak nie teraz, gdy mam dostęp do sokowirówki, każdego rodzaju herbaty na jaki stać rodziców i zdrowego jedzenia, które kupują rodzice. Tyle w końcu się słyszy o biedzie studentów. A Mama już mi współczuje, jak ja sobie poradzę bez niej. No cóż, ja się zastanawiam, jak to ona poradzi sobie beze mnie :) No i wreszcie kiedy jak nie teraz mam czas, żeby nałożyć maseczkę, odżywkę na włosy i posiedzieć w wannie godzinę, relaksując się przy kobiecej książce. Właśnie teraz.
     A teraz troszkę realizmu. Zanim wdrożę się w to wszystko pewnie miną moje wolne 4 miesiące. ALE warto choć postarać się i spróbować. Bo podobno jeśli coś robimy przez miesiąc to potem już nie musimy nawet o tym pamiętać, a nasz organizm wie. Co do tego pewna nie jestem, ale zobaczymy!

No, a jeśli będzie szło gorzej, to zaraz przypomnę sobie Pandę (mistrza organizacji) lub Louisa (mistrza czerpania z życia, o którym zresztą na pewno napiszę) i już mam motywację :)
Pozdrawiam!
◄| Kinga |►

niedziela, 19 maja 2013

Maturalne sprawozdanie.

          Witam :) Z tym szablonem jest coś nie tak, bo nagłówek nie leży tak jak powinien, jest za mały, lecz gdy się go "rozciąga" kolory się zmieniają na jaśniejsze i nie pasuje to już do tła...pokombinujemy, ale specami od szablonów nie jesteśmy :P Już właściwie od piątku cieszę się najdłuższymi wakacjami życia, Kinga ostatni egzamin ma jutro-ustny język polski. Mam zamiar przedstawić Wam maturalne sprawozdanie :)
Wtorek, 7 maja.
Egzaminy rozpoczęły się oczywiście językiem polskim, wypracowanie na podstawie Przedwiośnia. Nie byłam zadowolona, szczerze liczyłam na Zbrodnię i karę, ale cóż tam polski. Wypracowanie napisałam nienajlepsze, ale zdać-zdam :P Pierwsza część to tekst popularno-naukowy, po egzaminie pojawiały się komentarze odnośnie tego tekstu : "Przychodzę na polski, a tam fizyka". Słyszałam, że poproszono samego autora tego tekstu o udzielenie odpowiedzi na pytania i "zdał" tylko na 70%. Trochę paranoja, nie wbił się w klucz.
Środa, 8 maja.
Matematyka poszła mi fantastycznie! Dla własnej ambicji chciałam zdać na minimum 80%. Ambicję zaspokoję, nawet z porządną nawiązką ;D. Różne były głosy, a ja wyrażam tylko i wyłącznie swoje zdanie i odczucia względem trudności. Otóż, było tak proste, że aż do tej pory czasami się dziwię, nie mogłabym sobie wyśnić łatwiejszej matury z matematyki :) Skłoniło mnie to do decyzji złożenia papierów do Warszawy, gdzie podstawową matematykę dodatkowo punktują na medycynę :) Można też wybrać podstawową fizykę, ale tego nie zdawałam.
Czwartek, 9 maja.
Eh, na angielskim nie poszło mi fantastycznie, słuchanie było jak dla mnie jakieś dziwne, zazwyczaj na tym nie traciłam, ale teraz pewnie zgubię coś tam..., no ale nie ma co się martwić, bo Kinga pewnie uratuje naszą blogową dumę i zaliczy na 100%, no ewentualnie baaardzo blisko tego wyniku :)
Poniedziałek, 13 maja.
Ustny angielski. Stresowałam się jak nie wiem co ;O. Nie mówiliśmy zbyt dużo, toteż czułam strach, z egzaminu wyszłam z płaczem, ale zdałam na 25/30, czyli całkiem nieźle :) Kinga 30/30, heh, cóż za niespodzianka :P
Wtorek, 14 maja.
Rozszerzona chemia, czyli jeden z najważniejszych dni w moim dotychczasowym życiu. I co się okazało? Zrobiłam kilka tysięcy zadań, poświęciłam na to ogrom czasu, zrobiłam wszystkie publikowane matury, a tu dali coś takiego...Niektóre zadania są pewniakami, wydawały się być pewniakami, jednakże zrobili nam tak nietypową maturę, że przez kilka dni bałam się sprawdzić poprawne odpowiedzi. Chemią miałam sobie odrobić ewentualnie trochę niższy wynik z biologii. Matura nie jest sprawiedliwa. Po egzaminie poszłam wypłakać się w poduszkę, a ona dzielnie przyjęła cios w postaci morza łez.
Środa, 15 maja.
Ustny polski. Poszłam z przekonaniem, że po chemii nic mnie nie złamie. Uczyłam się dopiero w dniu zdawania, bo miałam na 16.30. Improwizowałam, nie zależało mi i dlatego wynik też nie jest dobry, ale grunt to zdać to dziadostwo, którego jedynym zadaniem jest zestresowanie ucznia. Zostałam wymaglowana pytaniami o Kochanowskim. Wynik 14/20.
Piątek, 17 maja.
Rozszerzona biologia, następny najważniejszy dzień mojego życia. Czułam, że nic nie umiem, miałam koszmary o tym, że nie zauważyłam dwóch stron zadań i wyszłam po połowie godziny, jakaś kobieta śpiewała greckie piosenki na sali gimnastycznej. Dziwne. Bałam się tak porządnie dopiero jak zasiadłam w ławce. Matura była przyjemna, nic z kosmosu tak jak na chemii. Jedyne czego się obawiam to to, że do takiej matury dadzą nam klucz odpowiedzi nie z tej ziemi, teraz tylko czekać. Z biologią jest podobnie jak z polskim-musisz się wbić w klucz. Niewiarygodnie głupie, ale taki jest system, do którego chcąc, nie chcąc trzeba się dopasować.

          Jakie mam przeczucia? Z kierunkiem lekarskim będzie ciężko, bo... chemia (uhhh!) , mam jednak nadzieję, może obniżą progi, bo matura jednakowa dla wszystkich była, muszą zapełnić uczelnie. W taki sposób się pocieszam. No i w Warszawie podratuje się matematyką. Farmacja jest raczej w zasięgu. Jeśli jednak nie wyjdzie, ani z tym, ani z tym to poprawiam. Nie ma sensu studiować czegoś, co mnie nie interesuje. Oczywiście myślę, że takiej potrzeby nie będzie i dostanę indeks Uniwersytetu Medycznego już w tym roku :)  
          Moje plany na wakacje. Jestem w trakcie opracowywania Projektu Summer 2013, pomysł Pandy( notfreakylife) :) Priorytetem jest znalezienie pracy, mam pewną szansę. Powiem jeśli uda mi się ją wykorzystać, z pracą jest okropnie ciężko. Do tego zdrowe odżywianie, aktywność fizyczna i nauka języków (może zacznę dodatkowo hiszpański, myślicie, że sama dam sobie radę z nowym językiem?).

Pozdrawiam,
Katarzyna.